czwartek, 11 czerwca 2015

Kampania Mamy i Taty


Ostatnio o tym spocie reklamowym jest naprawdę głośno. Memy zasypują cały Internet a ich treść dotyczy zawsze tego samego: braku czasu na dziecko.

Kampania miała na celu pokazać, że odkładanie macierzyństwa na później grozi brakiem dzieci. Autorzy twierdzą, że szczególnie dotyczy to kobiet biorących antykoncepcję hormonalną i szczerze nie wiem, czy dlatego, że biorą czy dlatego, że ich zdaniem może ona wywołać bezpłodność.

Na spocie kobieta (jak dla mnie 35-38 lat) w dużym nowoczesnym domu mówi o tym co osiągnęła używając słowa zdążyłam. Po czym informuje nas, że nie zdążyła mieć dzieci.

Szczerze nie znam się na hormonach, nie znam się na kampaniach społecznych, ale wiem jedno, wmawiając kobietom, że ich jedynym celem egzystencjalnym jest rozmnażanie się, bo cóż Ci z satysfakcjonującej pracy, domu i wakacji, skoro nie masz dziecka, nie osiągnie się żadnego skutku. Ja osobiście byłam ciut zażenowana tą reklamą i pierwsza moja myśl, gdzie ona pracuje, że ma taką chatę :P a druga, czemu ta kobita gada o dzieciach i nie ma partnera? Do dzieci trzeba dwojga zawsze. Niestety nie da się w pojedynkę.

 Sam przekaz jak dla mnie wyrwany z realiów i osadzony w fikcyjnym kraju- może równoległym do naszego- w którym, kobiety w okolicy 40 mogą mieć swój dom i mieszkanie i wyjazdy za granicę i jedyną ich bolączką jest brak dzieci. Niestety w tym równoległym świecie nie ma ani In vitro, ani adopcją, bo w końcu skoro dziecko to ma być krew z naszej krwi i kość z kości nie inaczej. Z dzieckiem też niestety nie można podróżować, więc jak miała wybór dziecko czy wyjazdy wybierała wakacje, a teraz ból.

Niestety w naszym świecie takich kobiet jest mało ( tak dobrze zarabiających of kors J), natomiast większość odkładających to Ci, co na dom dopiero zbierają i to nie taki z kampanii a zwykły w bloku, dwa pokoje i kuchnia no i kredyt na 35 lat, który trzeba spłacić za śmieciową umowę. Często decyzja o odłożeniu macierzyństwa dotyczy problemów ekonomicznych a nie chęci robienia kariery.

Kobiety są wciśnięte w potwornie trudną rolę, gdzie wszystko co robią musi być na wysokim poziomie, a tym samym wszystko co robią musi być dobre. Dobra matka, pracownik, pani domu…. Czasami decyzja o dziecku czy jego braku to właśnie takie szukanie dobrego czasu na wejście w kolejną rolę, a sprawy się tak mają, że ten czas nigdy nie nadchodzi. Inna rzecz, że część kobiet zwyczajnie nie chce mieć dzieci, nie znalazło jeszcze odpowiedniego partnera, nie czuje jeszcze instynktu. Czy takie kobiety też powinny żyć od dziś w poczuciu winy, bo za kilka lat to one tak mogą stać w oknie jakiegoś domu? Dla mnie mocno naciągana historia, z niejasnym przekazem i brakiem logicznych argumentów na poparcie tez w wysnutych w spocie.

Wiem, że ta kampania wywołała nie małe zamieszanie, ale wydaje mi się, że nie taki efekt chcieli osiągnąć autorzy tego spotu. Dla mnie naprawdę słaby i choć mam już dwójkę cudownych pociech a w przyszłości ( o zgrozo, będę po 30) planuję kolejne, to już powinnam liczyć sobie jajeczka i może dla wszelkiego urodzić jeszcze jedno zawczasu, żeby potem nie mieć do siebie żalu? No nic my tu gadu gadu a dzieci się same nie zrobią, więc kobiety dla czystego sumienia, nie ważne gdzie, z kim i jak żyjecie, robimy potomków a potem? Jakoś to będzie grunt, że płakać nie będziesz z powodu braku dzieci a np. dlatego, że nie masz je za co nakarmić, albo do szkoły posłać.

Zastanawiam się czemu nikt nie wziął pod uwagę tych statystyk, które mówią, że za granicą polki rodzą chętnie, tylko w kraju odkładają decyzję na potem i jaka jest tego przyczyna. Może zamiast bezsensownych spotów i kampanii wystarczy stworzyć nam odpowiednie warunki na posiadanie dzieci? Może zamiast do kobiet spot powinien być skierowany do pracodawcy, żeby kobiet po macierzyńskim nie zwalniał, żeby zrobił przyzakładowy żłobek, żeby kobieta mogła szybciej wrócić do pracy po porodzie. Może warto zrobić kampanię o tym, że z badań wynika, że matki są najbardziej efektywnymi pracownikami, którzy nie tylko robią swoją pracę szybciej i dokładniej, ale też są lojalne bo zależy im na dobrej pracy, żeby wychować dzieci.

Może taka kampania powinna być skierowana do rządzących, że karta dużej rodziny, z której można skorzystać tylko z części atrakcji dostępnych w mieście jest słabym argumentem mobilizującym ludzi do zakładania rodzin. Może warto wspomnieć, że jak ma się kredyty i raty 1000 zł + opłaty za wynajmowany dom to raczej karta dużej rodzinki ze zniżką  na basen, na który i tak nie ma się czasu podejmując kolejny etat to nie jest dobre rozwiązanie. Może warto skłonić ich do spojrzenia na rodzinę jak na dobra dodanego a nie na pasożyty, z których trzeba wydusić ostatni grosz z podatku.

Problem jest, ale szukanie go tam gdzie go nie ma i udawanie, że nie ma go tam gdzie jest, to naprawdę kiepski argument do tworzenia i promowania kampanii na rzecz macierzyństwa.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Tablica sensoryczna



Jak wiecie z natury swej jestem dość kreatywna, więc wolę zrobić dzieciom zabawki sama niż kupować kolejne święcące plastikowe twory. Odkąd na świecie pojawiła się Lili nie tylko mam mniej czasu na wszystko, ale też korzystam z zasobów robionych wcześniej na potrzeby Emi, więc nowe wpisy na temat kreatywnych zabawek nie pojawiały się za często. To wcale nie oznacza, że takie zabawki nie powstawały. Dziś pokażę Wam nasz pomysł na zabawkę, która nie tylko daje wiele radości, ale też ćwiczy namulane zdolności moich pociech. Tablica sensoryczna to deska na która przymocowaliśmy (gwoli ścisłości to D. mocował) różne przedmioty, które mają dzieciom pomagać rozwijać małą motorykę i koordynację ruchową.
















Zabayw co niemiara a przy tym ćwiczenia paluszków. Dla nas bomba :)



wtorek, 19 maja 2015

1-sze urodziny.

Urodziny dziecka to niesamowicie ekscytujący ale też trudny czas dla mnie, bo uświadamiam sobie, że właśnie moje dziecko jest na kolejnym etapie rozwoju a ja nie cofnę się do tego co minęło. Lila nie jest już dzidziusiem a ramiona mamy są ciekawe tylko wtedy, gdy zmęczenie staje się większe niż chęć poznawania wszystkiego dookoła. Niestety staję się tylko dodatkiem do jej życia a nie jej całym światem. Trudno mi sie pogodzić z myślą, że ten czas juz nadszedł, że nie mam słodkiego bobaska, ale dużą pannę, która przez swoje stanowcze "nie" potrafi już wyraźnie dać mi do zrozumienia, czego chce, a co jest dla niej nieodpowiednie. 

Z jednej strony ogromna radość, bo mój skarbek wychodzi z etapu bycia nieporadnym i całkowicie zależnym ode mnie szkrabem, z drugiej nutka żalu, że ten czas gdy ktoś polegał całkowicie na mnie już minął. 

Uroki bycia mamą są dla mnie tak kuszące, że z chęcią zatrzymałabym ciut czas, by choć jeszcze przez chwilę móc się nacieszyć moją kruszynką. Niestety czas pędzi nieubłagania a ja już mam w domu dwie duże dziewczynki i ani jednego niemowlaka ;) Mimo, że czas gdy Lili była maleńka wspominam trochę ze strachem to nostalgia jest silniejsza i juz korci mnie by przywitać w domu kolejne maleństwo ;) ( Kotek spokojnie, dam rade poczekać jeszcze 2-3 lata na kolejne).


Ok. Starczy już tych sentymentów, teraz czas na zabawę. Proszę Państwa, krótka foto relacja z Pierwszych urodzin Lili : 


Jak każda królowa, także Lila musiała mieć swój tron i choć nie siedziała w nim zbyt długo, bo pokusa chodzenia była większa, to prezentowała się w nim cudownie.


Torcik made by babcia zaskoczył gości nie tylko cudownym wykonaniem, ale i smakiem. 


Solenizantka jak widać uradowana liczbą gości ( z tyłu cudowne galaretki udające owoce- przyznam, ze zrobiły furorę :)


Musiałam Wam pokazać moje gwiazdki ze mną :)


Jak zawsze one wyszły cudownie.


Próby dmuchania torciku. Z małą pomocą mamy wyszło nam całkiem nieżle.

Urodzinki były naprawdę udane a ja mega zadowolona :)
Juz planuję co by tu wykombinować na wrzesień :D

wtorek, 12 maja 2015

Twój głos jest ważny






Mamy prawo wyborcze. Mamy, ale większość z nas wcale niego nie korzysta. Po co iść do urny, skoro to i tak niczego nie zmieni? Błąd. To mogło zmienić wszystko. Wyobraźcie sobie, że z tych 50 nieobecnych przyszło 25% i głosowało na 1 kandydata. Wszystko się zmienia.

Wybory to nie tylko prawo. To swego rodzaju przywilej o jaki walczył nasz naród. Nie wszędzie ludzie mają możliwość wyboru swoich reprezentantów. Każdy wie, że demokracja nie jest doskonała, ale prawda jest taka, że nie wymyślono lepszego ustroju państwowego i ten w swej niedoskonałości jest najlepszy, bo daje głos ludziom, czyli nota bene tym, którzy w większości tworzymy naród.
Mamy szanse powiedzieć co myślimy, mamy szanse dać wotum zaufania ludziom, którzy w końcu będą nas reprezentować ( tych którzy nie poszli też), więc chyba warto zrobić coś więcej niż narzekać.
Pamiętam, jak jechałam z rodzicami na wybory. Były to 1 wybory w Wolnej Polsce. Ludzie dojeżdżali samochodami, konno i pieszo. Do komisji szły całe rodziny. Każdy chciał uczestniczyć w możliwości kształtowania charakteru państwa.

Dziś nikomu się nie chce. Nie chcemy mieć wpływu na to co się tu dzieje. Nie jesteśmy ciekawi politycznie. Nie rozróżniamy partii- przecież i tak wszyscy to złodzieje, nie znamy programów wyborczych, choć są dostępne w Internecie. Nie ciekawi nas co poszczególni kandydaci mają do powiedzenia. Dziś w dobie Internetu, gdzie każdy mógł wyczytać więcej na temat kandydatów, ludzie sugerowali  się popularnością w mediach.

Kandydatów było 11. Kto z pośród was ich znał, znał ich pomysł na prezydenturę, albo program?

Mój kandydat nie był tak popularny jak zwycięska trójka,. W mediach nie zaistniał, a ja poznałam go oglądając debatę i kupił moje serce. Człowiek dla mnie idealny na to stanowisko. Niestety nie był medialny, nie był politykiem, nie miał środków na reklamę w TV. Sama mądrość to za mało, skoro ludzie wybierają tylko spośród kandydatów podanych im na talerzu przez TV. Można by rzec , że to pewien sposób manipulacji. Najczęściej pokazywane twarze w wiadomościach zdobywają najwięcej głosów a reszta zostaje z minimalnym poparciem. Ludzie nie szukają, nie wiedzą nie są ciekawi tego, jak kształtuje się ich Państwo. Nie rozróżniają prawicy od lewicy, bo przecież to ich nie dotyczy. 

Niestety , a może właśnie na szczęście i dzięki Bogu nas to dotyczy. Dotyczy nas co się dzieje z naszym krajem, bo to od nas zależy jaki obejmie kierunek, a jak już dokonujemy wyboru warto by był on świadomy. Kształtowanie świadomości politycznej, swoich poglądów i upodobań to też sposób pokazania naszym dzieciom, jak my przeciętni obywatele mamy wpływ na nasz kraj. Jeżeli sami nie poruszamy kwestii politycznych, etycznych i światopoglądowych,  to nasze dzieci będą kształtowane przez media, czyli będą zmanipulowani przez przefiltrowane informacje. Dowiedzą się tylko tego, co może wpływać na ich wybór, tak, by zwyciężyli Ci którzy mają w mediach największe wpływy. 

Rozmawiajmy z dziećmi, kształtujmy ich poglądy zgodnie z własnym sumieniem, by mogły być świadomymi obywatelami chcącymi decydować o tym jak ma wyglądać nasze państwo. Przecież za kilkanaście lat to oni będą nami rządzić.


( zdjęcie pobrane z http://www.czasdebaty.pl/news-wybory-2015-kandydaci-na-prezydenta-i-ich-poglady,nId,1728716. Tam też możecie poczytać co poszczególni kandydaci mieli do zaoferowania wyborcom)

poniedziałek, 11 maja 2015

Co dalej?


Lilka za chwilę kończy roczek. Nie wiem, kiedy to zleciało. Wydaje mi się, że jeszcze chwilę temu była niemowlakiem. Czas leci nieubłaganie a ja czuje się zawieszona w czasoprzestrzeni. Już coraz mniej czasu, a ja dalej nie umiem się zdecydować co dalej.

Z jednej strony chciałabym wrócić do pracy. Długa przerwa nie wpływa pozytywnie na moje samopoczucie jako efektywnego pracownika. W czasie urlopu macierzyńskiego nie są ważne moje kwalifikacje, osiągnięcia i szkolenia, liczy się tylko to jaką jestem mamą, a teraz, gdy szansa powrotu do pracy, lub jej zmiana jest coraz bardziej realna myśl, że za miesiąc mogłabym oddać dziecię w obce ręce i powrócić na łono pracodawcy mnie przytłacza.

Macierzyństwo dało mi wiele dobrego. Nauczyłam się cierpliwości, zaufania do dzieci i patrzenia na ich potrzeby. Pozwoliło mi poznać siebie z zupełnie innej strony, takiej, której sama nie znałam i pewnie bym nie poznała budując ścieżkę kariery, ale nie jestem pewna, czy moja pasja jest w stanie zapewnić mi optymalne rozwianie sytuacji. Tak byłoby najlepiej. Praca w domu, robienie tego co pokochałam mając dziecko blisko siebie, ale czy to wystarczy?

Z jednej strony to idealne rozwiązanie. Przecież wiele matek rozpoczęło swoje kariery na własny rachunek właśnie po urlopie macierzyńskim. Zamówień nie mam dużo, ale nigdy tez nie podejmowałam tego tematu zawodowo, raczej jako pasję, więc może, gdybym wzięła się za to jak za przyszły kierunek rozwoju zawodowego nie byłoby tak źle.

Z drugiej strony ciągnie mnie do zgiełku, zamieszania i podejmowania kluczowych decyzji. Chciałabym być odpowiedzialna za jakieś zadania, wyjść z domu i pracować.

Szukam rozwiązania już od kilku miesięcy a im bliżej do godziny „ zero” tym trudniej zdecydować. Stanęłam nad rozwidleniem i wiem, że od tego jaką decyzję podejmę zależy moje przyszłe życie, a to mnie mega przytłacza.

Opcja 1

Otwieram swoją działalność.

Mam na nią kilka pomysłów.  Decyzja jest przemyślana i pewna- taki złoty interes, z którego byłabym w stanie wypracować całkiem przyzwoite zyski, ale kosztem rodziny i czasu własnego.
Własny sklep wiąże się z odpowiedzialnością i poświęceniem, a praca na własny rachunek to więcej niż 8h w biurze, bo tu nie zamknę drzwi po 15 i nie pójdę spokojna do domu. To nierealne. Dla Lili opiekunka na pełny etat, a ja będę widywała rodzinę późnymi wieczorami.

Opcja 2

Powrót do pracy na pół etatu.

Tu mam większe pole do popisu. Wracam na pół etatu a drugie pół mogę poświęcić dla Lili, dla domu i dla własnej pasji. Mogę dalej tworzyć i jednocześnie cieszyć się dalszym rozwojem Lili, która na 5h trafiłaby do klubu maluszka. Dodatkowo ta opcja daje mi szansę zmiany pracy na tą, dla której właśnie kończę studia podyplomowe.

Opcja 3

Zostaje w domu.

Ta opcja jest najlepsza dla Lili, bo miałaby mamę cały czas przy sobie, a ja mogłabym dalej tworzyć i ewentualnie założyć sklep internetowy, gdzie wystawiałbym swoje rzeczy. Zysk z takiej działalności nie byłby zbyt wielki, ale dawałby mi szansę bycia z Lilą jeszcze przez jakiś czas.


Więcej opcji nie mam a determinantem do podjęcia decyzji jest nie tylko mój instynkt macierzyński, który skłania mnie do opcji nr.3 ale też instynkt ekonomisty, który podpowiada, że najlepsza byłaby opcja 1.

Stoję rozbita na rozdrożu własnej drogi życiowej nie mając pojęcia w jaką stronę pójść. Mam już prawie 30 lat. Jestem dorosła, mam dzieci,  męża, dom a nie wiem co dalej zrobić ze swoim życiem.  Każda z tych opcji ma plusy i minusy, w każdej  coś tracę kosztem czegoś innego.

Jak wiele matek staje codziennie przed podobno mymi decyzjami? Ile z nas zastanawia się co dalej? Wybór wcale nie jest łatwy, bo  nie chodzi tylko o środki finansowe ale też o komfort psychiczny. Moja mama nie miała takiego dylematu. Po 3 miesiącach po prostu musiała wrócić do pracy. Czy to było lepsze rozwiązanie. Nie wiem, każda z nas musi dokonać wyboru samodzielnie a potem z nim żyć.

Z jednej strony czasy w jakich żyjemy wymuszają na nas dążenie do bycia perfekcjonistkami w każdym aspekcie  z drugiej strony nie istnieje opcja robienia kariery i wychowania. Trzeba dokonać wyboru. Niby są kobiety, które twierdzą, że im się udało, ale przecież nie da się być w dwóch miejscach na raz. Zostajesz w domu i jesteś kurą domową, albo powierzasz komuś dziecko i ruszasz do pracy. Opcja nr 1 to wykluczenie z życia zawodowego na rzecz twojego dziecka. Opcja 2 to powrót na łono zawodu i brak czasu na wychowanie. Nie oszukujmy się, jak spędzasz w pracy 8 h to wpływ na wychowanie twoich dzieci ma też ten,  kto się nimi zajmuje, gdy ty jesteś poza domem. Dobrze, jak to ktoś o podobnych poglądach, ale w przedszkolu/ klubie malucha nie mogę sobie wybrać z jaką „ciocią” zostanie moje dziecko a jakie podejście mi się nie podoba. Bierzesz co dają.

                Dla mnie wybór jest ogromnie trudny, bo nie chodzi przecież tylko o moja decyzję, ale o świadomość jak znacząco wpłynie ona na naszą rodzinę.  Tik tak tik tak, czas pędzi a ja dalej w rozsypce. Co dalej?


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Strach jako metoda wychowawcza



Wielu z nas do dziś pamięta historie o Czarnej Wołdze, okrutnych Cyganach czy strasznej Babie Jadze. Większość z nich miała na celu odstraszyć nas od niebezpiecznych miejsc, albo wpływać na nasze zachowanie.

Ilu z Was bało się, że mam je komuś odda gdy będzie niegrzeczne? Ilu zastanawiało się, co z nim zrobią Cyganie jak go w końcu ukradną? Ilu z Was ma irracjonalny i niewytłumaczalny lęk przed ciemnością?  

 Prawda jest taka, że mimo iż taka metoda przynosi natychmiastowe efekty jest druzgocąca dla małej psychiki. Fakt, nastraszone dziecko zmienia swoje zachowanie, ale nie dlatego, że zrozumiało, nie dla tego, że chciało ale dlatego, że zaczęło się bać. Nie ma znaczenia czy straszymy je oddaniem, ciemnością, czy obcymi ludźmi- fakt jest taki, że wywołujemy u nich bezzasadny strach.

Pierwszy przykład z brzegu. Emi gdy była młodsza nie potrzebowała zapalonego światła. Wszyscy wokół w kółko jej powtarzali” Nie idź tam, tam jest ciemno”. Skutek- przez pewien czas spała przy 3 lampkach nocnych. Na szczęście udało się przełamać lęk i teraz ciemność to tylko brak światła.

Straszymy dzieci opuszczeniem:

„Pani Cię zabierze”

„Zostawię Cię tutaj”

„Zabiorę Cię od mamy”

Straszymy karami:

 „ Jak się nie uspokoisz…”

„ Zobaczysz jak tata wróci…”

„ Za chwile dostaniesz karę/ lanie…”

„ Jak będziesz niegrzeczny to Mikołaj do Ciebie nie przyjdzie…”

Straszymy wszystkim, co nam przyjdzie do głowy:

Baba Jaga, pająki, potwory, cyganie, obcy ludzie, węże, ciemności, dziady itp. Itd.

Strasznie w naszym mniemaniu ma nam pomóc w wychowaniu. Ma za zadanie wymusić na dziecku odpowiednie zachowanie ( odpowiednie dla nas oczywiście). Czy naprawdę na tym polega wychowanie, by podporządkowywać sobie człowieka za pomocą strachu? Trochę przypomina to  tresurę a nie uczenie dziecka życia. Bądźmy szczerzy, kto w dorosłym życiu chciałby być straszony?

„ Kowalski, jak raporty nie będą na biurku do jutra nie masz pracy”

„ Ma Pani się uspokoić inaczej dzwonię po policję”

„ Jak nie…. pożałujesz”

Czy z ludźmi, którzy odnosili by się do nas w taki sposób moglibyśmy stworzyć zdrową relację opartą na zaufaniu i wzajemnym szacunku? A właśnie tak traktujemy własne dzieci. Czy poznawanie świata prze pryzmat własnych leków i strachów może je czegoś nauczyć poza fobiami i poczuciem zagrożenia.

Czy naprawdę chcemy uczyć nasze dzieci bierności i podporządkowania do silniejszego. Czy tylko dlatego, że są młodsze muszą się podporządkować naszym regułom i spełniać nasze oczekiwania? Straszenie dzieci świadczy nie tylko o bezsilności ale tez o bezmyślności straszącego. Nawet chwila, minuta silnego stresu może wpłynąć na życie dziecka i nie chodzi tu o pozbawienie go perspektyw, ale o utrwalenie nieuzasadnionego lęku przez czymś.

Strach to nie bodziec do działania, ale właśnie do bierności. Oczekujemy od dzieci podporządkowania, uległości i posłuszeństwa jednocześnie chcąc, by w dorosłym życiu były asertywne, otwarte i pewne siebie.

Pytanie tylko jak dziecko ma być asertywne, skoro nie może powiedzieć  „ NIE”?

Jak ma być otwarte, skoro wszystko wokół stanowi zagrożenie?

Jak ma być pewne siebie,  skoro wszędzie czają się strachy?

Dziecko dobrze wychowane czyli jakie? Ciche, posłuszne, uległe, grzeczne i spokoje. Tylko, że to nie jest dziecko. Dziecko jest głośne, swawolne, psotne i ciekawe świata. W końcu tylko tak może go poznać, przez doświadczenie. Zastraszone nie jest go ciekawe, bo po co poznawać coś co wzbudza w nas strach?

Straszenie i wywieranie na nie presji przez szantaż emocjonalny to nie tylko niewłaściwe i szkodliwe zachowanie, ale też manipulacja i wywieranie presji. Dla mnie taka forma wychowywania jest niedopuszczalna. Wiem, że tak łatwiej w momencie kryzysu osiągnąć oczekiwany skutek, ale w długiej perspektywie sami rzucamy sobie kłody pod nogi. Dziecko staje się lękliwe, traci do nas zaufanie a przede wszystkim przestaje nam wierzyć.

„Zaraz wleje ci w tyłek”- znacie to? Ja słyszę to niezwykle często, dziś, gdzie za bicie dzieci ponosi się odpowiedzialność karna, mentalność rodziców wychowanych w pokoleniu zastraszania wcale nie zniknęła. Powielamy schematy w których sami zostaliśmy wychowani nie zastanawiając się nad konsekwencjami.

Terroryzowanie i zastraszanie ma za zadanie wpływać na ich reakcje, ale często zapominamy o tym, że spokój nie jest zależny od strachu a właśnie od zaufania. Gdy dziecko wpada w histerię, straszenie nie tylko powiększa histerie, bo przecież rozczarowania czy poczucia niesprawiedliwości nie stłumimy stracham, ale też zmniejsza nasze zaufanie, bo zamiast zrozumienia i pomocy w poradzeniu sobie z emocjami serwujemy dziecku dodatkowe negatywne bodźce. Zamiast przytulenie i ukojenia dostaje od nas wzgardę i strach. Brzmi strasznie? Tak to właśnie wygląda. Z perspektywy dziecka, gdy dzieje mu się krzywda ( w jego odczuciu) usłyszenie od rodzica „Uspokój się, bo zaraz….” daje mu jasny komunikat- „Twoje emocje są nie ważne, ważne jest to jak inni na nie reagują.”

Ile razy słyszałam, że mama wstydziła się za dziecko, bo ludzie patrzyli. Ile razy widziałam, jak mama siłą uspokaja dziecko, bo byli w miejscu publicznym. Ile zdań usłyszałam w stylu: „ Uspokój się, bo ludzie patrzą”. Naprawdę opinia innych jest dla nas ważniejsza niż poczucie wsparcia dla naszych dzieci. Czy naprawdę chcemy uczyć je, ze ważniejsze od ich emocji jest to jak je odbiorą inni. Świat jest straszny pogmatwany i niesprawiedliwy, czemu od początku więc my sami odwracamy się od naszych dzieci i zostawiamy je na pastwę tego świata? Czemu nie staniemy za nimi murem, tak by wiedziały, że bez względu na wszystko dla nas liczą się One, ich problemy i uczucia i nie ma takiego strachu, którego nie pokonalibyśmy razem. Ja nie straszę, ja wspieram a Wy?




poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Związek na dziecko


Jaki to stary i oklepany sposób. Nie raz i nie dwa słyszałam, jak kobiety ( tak my moje drogie) manipulują facetami wmawiając im ciąże, wmawiając im ojcostwo, lub planując dziecko gdy przestaje się układać.

Kiedyś śluby ze względu na dziecko to był chleb powszedni. Normą była tak szybka organizacja wesela, by ludzie na wsi nie zorientowali się, że tu o dziecko chodzi. Często gęsto, delikwent był ciągnięty do ołtarza przez pannę jednak nie ciężarną. Po kilku miesiącach, albo już serio w ciąży była, albo nie, ale ślubu nie odwrócisz…

Dziś do ołtarza ciągnie coraz mniej kobiet i choć to nie popyt na biel w tym kierunku wśród płci pięknej się zmniejszył , a raczej chęci płci przeciwnej. Dziś dziecko bez ślubu, to już nie jest ani wstyd, ani powód do wytykania palcami, więc i presja na ołtarz jakby mniejsza. Facet może zwyczajnie opuścić  kobietę w ciąży i jedyna konsekwencja jego decyzji to comiesięczny uszczerbek na pensji w postaci alimentów.

Niemniej stosunek kobiet do  zatrzymania partnera przy sobie ze względu na dziecko wcale się nie zmniejszył. W dzisiejszych czasach, kobiety w bardziej wyrafinowany sposób próbują stworzyć relację w oparciu o dziecko.

W Internecie kwitnie handel ciążowym moczem, testami z pozytywnym wynikiem i podrobionymi usg, gdyby delikwent był dociekliwy i nie uwierzył na słowo. Nie mam pojęcia, co takie kobiety mówią później, niemniej tego typu rzeczy naprawdę  się zdarzają.
Często słyszę też, że receptą na poprawę relacji w związku jest dziecko. Kobiety starają się o kolejne, lub pierwsze w momencie, gdy przestaje się im układać z partnerem. Czy taki sposób może być skuteczny?

 Przy tego typu manipulacjach, często pojawia się szantaż emocjonalny typu „ bo usunę”, lub „ nigdy nie poznasz swojego dziecka”.

Czy naprawdę kłamstwo i manipulacja mogą ułatwić stworzenie związku?

Dla mnie dziecko to taki mały buldożer, który wcale nie spaja, a rozwala nawet silną relację. Cały urok relacji z partnerem, gdy pojawia się dziecko polega na tym, bo potem z tych gruzów wznieść coś, co będzie trwalsze niż na początku.

Płacz, brak chwili dla siebie i niedospanie raczej nie umacniają relacji, gdy jest ona słaba, bo brakuje czasu na budowanie więzi. Dziecko może wzmocnić tylko silną relację, gdy partnerzy szczerze się kochają a gdy pojawia się kłamstwo czy to jest miłość?

Wiem, że w życiu bywa trudno. Ja piszę w domu, przed własnym komputerem z poczuciem bezpieczeństwa, więc nie wiem jak czują się kobiety, które stają przed trudnymi wyborami, niemniej znam wiele kobiet, które dla dzieci zdecydowały się obniżyć swój status materialny i odejść od faceta, który okazał się dupkiem, więc trudno mi zrozumieć jak można  wykorzystywać dziecko do tworzenia rodziny tam gdzie jej nie ma.

Skoro facet nie chce być z tobą, to czy dziecko sprawi, że Cię pokocha? Szczerze w to wątpię. Jedyne co da się osiągnąć to przedłużenie pseudo związku i większy ból dla dziecka. Nie pojmę kobiet, które wykorzystują dzieci do własnych celów, a w życiu nie kierują się ich dobrem a własną wygodą. 
Największa krzywda dzieje się dzieciom i one cierpią najbardziej. Taki związek trwa tyle, by dziecko samo zaczęło rozumieć i wtedy zaczyna się koszmar. Dalsza manipulacja, wmawianie, że tata/ mama Cię/ Nas nie kocha, utrudnianie kontaktów i rozładowanie frustracji i wzajemnej wrogości na dziecku. Potem taki mały człowiek wkracza w dorosły świat poraniony i nie umiejący inaczej niż właśnie manipulować, oszukiwać i kłamać dla własnych korzyści. A gdy kiedyś życzliwy powie mu o tym, że mama straszyła tatę aborcją, albo, że go/ ją wywiezie od ojca, to jaki będzie mieć stosunek do mamy. A co gdy taka manipulacja wyjdzie na jaw wcześniej? Jak ma się poczuć partner  takiej osoby, gdy okaże się, że został oszukany?

Dziecko to nie przedmiot, którym można kupczyć, w imię poprawy relacji.  Jak można żyć związku i próbować go naprawić, ze świadomością, że nie jest się uczciwym z drugim człowiekiem? Czy naprawdę tak można pojmować miłość? Czy to nie jest czysty egoizm, gdy nie bacząc na uczucia innych tak manipulujemy informacją, by nam było dobrze?

Dla mnie  niewytłumaczalne. Ja nigdy nie pojmę jak można przedłożyć własne pragnienie bycia z kimś nad uczciwość i dobro dzieci. Nie chodzi tylko o sytuację, wygody ale ogólnie o sposób życia. Wiem, że w pojedynkę nie jest łatwo, ale czy naprawdę tworzenie relacji na dziecko jest dobrym rozwiązaniem?

Czy takie związki są w stanie przetrwać próbę czasu? Czy taka relacja może być udana? Czy tam gdzie nie ma miłości pomiędzy partnerami mogą wychować się szczęśliwe dzieci? Czy nie lepiej poszukać kogoś, kto szczerze nas pokocha i z nim mieć dzieci?
Ślub na dziecko, rozwód, samotne macierzyństwo i żal do drugiej osoby, czy taką miłość chcemy pokazać naszym dzieciom.