sobota, 19 lipca 2014

Co natura dała mama wykorzystała


Kolejny etap projektu Samo_Się był dla nas jak znalazł,bo przecież są wakacje więc od dwóch tygodni regularnie jeździmy do dziadków na wieś a na wsi z naturą można żyć za pan brat :).

Na tym etapie skupiłyśmy się na poznawaniu i doświadczaniu natury.

Zaczęłyśmy od zwiedzania ogrodu dziadków.
Em poznała różne rodzaje drzew i krzewów. Dotykała gałęzi i liści i bawiła się szyszkami.






Po udanej zabawie przeszłyśmy do sadu, gdzie zrywałyśmy i jadłyśmy owoce prosto z drzewa :D






Em zobaczyła rosnące na polach zboże i uczyła się na nim grać ;)






Poznawanie natury to sama radość :)


Pozdrawiamy :)



czwartek, 17 lipca 2014

Mama vs. Miasto

          Jestem mamą, która od czasu do czasu ma ochotę wyruszyć z moimi szkrabami na podbój miasta. Okazuje się, że miasto nie jest gotowe na mamę z dzieckiem.

Komunikacja miejska


  Już na starcie mama z wózkiem ma pod górkę, bo mimo funduszy unijnych i nowych nisko- podłogowych autobusów, nikt nie rozwiązał problemu przeładowania. Wprowadzenie wózka do zatłoczonego wózka jest praktycznie nie możliwe, a gdy już się uda to matka jedzie dopóty, dopóki w autobusie nie zrobi się luźniej. Dopiero wtedy ma szanse wysiądź co z reguły oznacza przymus cofnięcia się o 2-3 przystanki

MIASTO:1 MATKA:0

Kawiarnia/ restauracja

  Wiem, że istnieją restauracje przyjazne matce z dzieckiem. W większych miastach jest ich nawet kilka u mnie jest w planach- kiedy otwarcie- nie wiadomo. Inne restauracje albo nie przewidziały, że matka też mogłaby się do nich wybrać albo są zbyt exclusive. Krzesełko do karmienia to tak deficytowy produkt, że spotkałam je tylko w 1 góra 2 restauracjach- przecież matka może jeść z dzieckiem na kolanach, albo w ogóle nie wychodzić z domu. Kolejna bariera to schody- dobre restauracje są albo pod ziemią, albo na piętrze- chyba właśnie po  to, by matka z wózkiem nawet nie próbowała tam iść.

MIASTO:1 MATKA:0


Bank/ poczta

  Nie wiem jak u was ale u mnie poczta nie musi mieć podjazdu- w końcu to nie instytucja publiczna i matka nie musi tam chodzić. Poczta osiedlowa ma tylko 2 niskie stopnie- do pokonania nawet z wielkim wózkiem. Banki to przecież instytucje przyjazne człowiekowi, zależy im na każdym kliencie, dlatego do niektórych prowadzą tylko schody, do innych wprawdzie są podjazdy ale tek strome, że nie wiem czy ktokolwiek podjąłby się próby wdrapania tam z wózkiem- na szczęście żaden z nich nie jest moim bankiem. Mój bank usytuowany na ścianie galerii handlowej ma ten plus, że z jednej strony ma schody i brak podjazdu, ale przecież można wejść do galerii z drugiej strony przejść ją całą wyjść i już jest się prawie w banku- łatwizna, matko z wózkiem do dzieła :)

Sklep

  Większość osiedlowych sklepików jest tak mała, że wejście tam z wózkiem nie wchodzi w rachubę. Matka ma dwa wyjścia :
1. Nie robić zakupów w osiedlowym sklepie
2. Zostawić malucha przed sklepem i modlić się, żeby się nic nie stało
Ja zawsze wybieram 1 opcję i zakupy robię w markecie na duży zapas.
Czasami matka wybierze się dalej do pawilonów, gdzie może troszkę pobuszować po sklepach z ciuszkami ale taka wyprawa wymaga zapasu sił i nerwów. Pawilony mają podjazd dla wózka tylko z tyłu  a same są przedzielone schodami, co oznacza utrudniony dojazd np.. do bankomatu. Normalny człowiek widzi bankomat, wspina się parę schodków robi wypłat i idzie dalej, ale nie matka z wózkiem- ona mija bankomat i wszystkie sklepy wzdłuż pawilonu bo musi obejść budynek. Tam z tyłu jest podjazd dla wózków, gdy już wjedzie wraca mijając znowu te same sklepy, aż na końcu/ początku wyprawy dojdzie do bankomatu- zejście tą samą drogą. Jednak długie spacery to nie jedyny problem matki z wózkiem, niektóre sklepy mają takie podjazdy, których nie da się pokonać bo albo są za wąskie, albo za strome- są sklepy niedostępne dla matki.
Matka ma jednak szanse wyjść obronną ręką gdy wybierze się na zakupy do marketu. Po zapakowaniu dziecka do samochodu na parkingu marketu wyładowaniu wózka, który z gondolką zajmuje bagażnik można szaleć po alejkach marketu. Minus tylko jeden- nie wolno się zapomnieć bo zbyt duże zakupy nie zmieszczą się już do bagażnika


MIASTO:1 MATKA:1


Galeria handlowa


  Galerie mają już szerokie alejki i windy, które mają za zadanie ułatwienie matkom życia.
Mimo, że w naszym mieście jest tylko jedna galeria, do której wjazd z wózkiem wymaga trochę wprawy ( nie da się wjechać wózkiem bezpośrednio z parkingu podziemnego a winda jest z jednej strony galerii i tylko jedna) to po dostaniu się do środka poruszanie się wózkiem nie sprawia już problemu ( poza przymusem powrotu do tej jednej windy ;)

MIASTO:1 MATKA:1

Plac zabaw

Plac zabaw to odpoczynek mamy od dziecka, możliwość wygrzania się na słońcu i cudownej zabawy z paluszkiem- tyle teorii. Każde osiedle posiada przynajmniej jeden plac zabaw, ale większość z nich to pozostałości PRL-u, które straszą metalowymi i mało bezpiecznymi konstrukcjami. Place nie są dostosowane do małych dzieci, więc do 1,5 roku na plac można iść tylko do piaskownicy- miejskiej kuwety. Co prawda miasto zaczęło inwestować i powstały już 2 place zabaw z prawdziwego zdarzenia, ale oba są na drugim końcu miasta, co znacznie utrudnia korzystanie z nich bo wiąże się to z przymusem dojazdu samochodem lub autobusem. Podbno miasto ma zamiar rozpocząć budowę placu zabaw w mojej okolicy- czekam i mam nadzieję, że powstanie zanim Em dorośnie ;)

MIASTO:1 MATKA:1


Kino

  W mieście na chwilę obecną jest jedno kino, z jednym ekranem, które nie przewidziało, że matka mogłaby chcieć obejrzeć film;). Wiem, że duże miasta mają seanse przeznaczone dla mam z dziećmi u nas takiej opcji nie przewidziano :/


MIASTO:1 MATKA:0


Sala zabaw

  Wiem, że były ale na chwilę obecną nie zaobserwowałam żadnej, w szczególności taka dla dziecka poniżej 3 roku życia.


MIASTO:1 MATKA:0

  Przyzwyczajona do życia w dużym mieście mam nieco inne oczekiwania co do standardów życia około miejskiego, ale cóż jednoznacznie widać, że życie w małym mieście z małym dzieckiem oznacza siedzenie w domu i czekanie na lepsze czasy ;p.


A jak jest w waszych miastach? Są przyjazne matce z dzieckiem?


poniedziałek, 30 czerwca 2014

Gdy opadam z sił....


Początkowa euforia porodowa i zachwyt nad cudem stworzenia przeradza się w zwykłe zmęczenie. 
Początkowe wstawanie przed maleństwem i karmienie na każde żądanie przeradza się w brak chęci karmienia.

Coraz częściej chce mi się płakać. Coraz częściej zastanawiam się czy dam radę. 
Bywają cudowne dni, gdzie zdążę zrobić coś dla nich i dla siebie a dom lśni czystością, ale więcej jest takich gdzie płaczę gdy obie zasną. 

Opadam z sił. 

Bywają dziwne myśli.....

Nachodzi mnie ochota wyjść domu i iść przed siebie aż obeschną łzy....

Wtedy przypominam sobie, że za chwilę porodu, nasze początki i to jak bardzo wszystko się zmieniło do teraz...

W myślach piszę do Ciebie list:

“Kochana córeczko,

Jesteś z nami już prawie od 2 miesięcy i wywróciłaś nasze życie do góry nogami. Siedzę właśnie nad stertą prania i zastanawiam się jak mogłam oddychać, żyć, śmiać się nie znając ciebie- niepojęte. Jesteś tak maleńka, że mieścisz mi się w dłoniach,  a jednak w Twoich oczach widzę cały świat. Ty i Twoja starsza siostra zawładnęłyście moim sercem na dobre- nie umiem, nie potrafię i nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak wyglądałoby moje życie bez Was. 
Kocham Cię nad życie- kocham niezłomnie. 

Ból kręgosłupa od nieustannego noszenia, zmęczenie od ciągłego niewyspania- moje małe dowody ogromnej do Ciebie miłości

Kocham Cię nad życie i dziś, gdy mija kolejny miesiąc odkąd mogę Cię tulić do siebie, chciałabym ofiarować Ci Wszystkie gwiazdy na niebie- tylko po co, skoro masz je w swoich oczach. Chciałabym życzyć ci miłości, ale wiem, że jesteś kochana. Urody nie potrzebujesz- dla mnie zawsze najpiękniejsza, a szczęście- spłynie na tych, którzy będą mieli możliwość w przyszłości Ciebie spotkania. Jesteś moim małym cudem- stworzonym do kochania. Idealne stópki, kocham je dotykać, cudowny zapach skóry- to on daje mi siłę na kolejny dzień, twoje oczy, usta, nos- stworzone do pocałunków. Jesteś maleńkim aniołkiem zesłanym mi z nieba. Naucz mnie większej cierpliwości, pokaż mi jak mam wyrażać miłość, pozwól się kochać bezgranicznie, stań się moim małym światem.”


Gdy braknie mi sił przypominam sobie jak wiele te małe cuda zmieniły w moim życiu i jak wiele dla mnie znaczą.

Czym są dla mnie moje dzieci?

Jak to jest, że zanim się pojawiły w naszym życiu nie umiałam sobie wyobrazić jak to będzie a gdy już są boję się dnia gdy ich zabraknie. Serce przepełnia bezgraniczna miłość i radość. Każda mina nowa umiejętność napełnia serce dumą. Uwielbienie odmalowuje się w moich oczach a ciało nie jest w stanie ogarnąć ogromu szczęścia. Nocne pobudki doskwierają, ale dają świadomość bycia komuś potrzebnym, zbyt długa drzemka w ciągu dnia wywołuje niepokój pomieszany z tęsknotą. Z jednej strony człowiek zachłystuje się miłością i chce od niej odpocząć a z drugiej nie potrafi przeżyć chwili bez miliona myśli o nich- moje dzieci.

To dla nich wstaje codzienne, dla nich uśmiecham się mimo kiepskiego dnia. Dla tych maleńkich cudów zbieram resztki sił i gdy myślę, że już się nie da więcej to dla nich właśnie to robię. Dla moich małych światów osiągam rzeczy niemożliwe.

Gdy brakuje mi sił i chcę uciec od tego wszystkiego przypominam sobie jak to było bez nich, jak wiele wniosły do mojego życia i znowu na mojej twarzy gości uśmiech.
One są moim nowym życiem, moim lepszym JA, moim szczęściem i radością.
Bywa ciężko, czasami nieznośnie, ale świadomość, że poranny uśmiech jest przeznaczony wyłącznie dla mnie dodaje sił. Patrzę w te cudne niebieskie oczy moich córek i wiecie co?


 Aż chce się żyć !!! 

piątek, 27 czerwca 2014

Papier, kredki nożyce

Kolejny tydzień  z Projektem Samo_Się. 

Tym razem na tapecie papier, kredki i nożyce. Temat zaproponowany przez nas, ale niestety Em jest zdecydowanie za mała na zabawę z nożyczkami więc zamiast nożyc skupiłyśmy się na papierze i kredkach.


Kredki i papier

Standardowa zabawa w malowanie po kartce wcale nie musi być nudna. Mama malowała kotki, misie, psy i inne cuda a zadanie Em polegało na kolorowaniu poszczególnych części ciała zwierzątek. Uczyłyśmy się nie tylko poprawnego trzymania kredki w dłoni ale też nowych części ciała.







Potem wystarczy zamienić kredki na plastelinę i kolejna zabawa gotowa, a paluszki są cały czas ćwiczone :)









Kredki

Mama uwielbiała w dzieciństwie malować więc Em ma najróżniejsze rodzaje kredek .
Jeszcze za wcześnie na kolorowanie, ale zabawa kredkami to też mazanie po wszystkich zazwyczaj niedozwolonych powierzchniach:

Kredki i szyba

Zazwyczaj takie połączenie jest nie tylko niedozwolone ale też praktycznie niewykonalne zwykłymi kredkami. Mama zakupiła kredki do malowania po szybach i powierzchni do malowania mamy bez liku. Kolejny plus to motywacja do częstszego mycia okien ;)









Kredki i łazienka

Kto na bieżąco śledzi naszego bloga ten wie, że u nas kolory goszczą w łazience przynajmniej raz w tygodniu, czy to przez kolorowe kąpiele czy przez kredki do malowania w wodzie. Malowanie po wannie to wiele radości dla Em i niezwykłe łatwe sprzątanie dla mamy. Wystarczy zmyć gąbeczką i spłukać wodą, po wcześniejszym utrwaleniu cudnych obrazków Em :)







Papier

Wykorzystałyśmy ten tydzień do nauki Em kolorów. 

Zabawa Kolorami:

Pierwsza zabawa to nauka kolorów i ich mieszanie. Przydała się nam książka "Kolory" H. Tulleta, która doskonale obrazuje jak kolory się mieszają, bez użycia farb, czyli czysto na papierze. Em uwielbia książkę "Naciśnij mnie", więc kolejna z serii wzbudziła w niej zainteresowanie. Czytałyśmy książeczkę kilka razy, bawiąc się fantastycznie:




Po teorii przyszedł czas na praktykę i mieszanie kolorów za pomocą farb i rączek
Ta zabawa zdecydowanie bardziej podobała się Em.






Tydzień mija, ale nasza przygoda z papierem, kredkami i nożycami wcale się nie kończy :) Pozdrawiamy.
















poniedziałek, 16 czerwca 2014

Nie wiem czy jestem dobrą matką...



Odkąd na świecie pojawiła się Lilianka muszę dzielić uwagę pomiędzy moje obie kobietki a swoje pasje. Brakuje mi już czasu nie tylko na szycie, ale też na zabawę z Em i mimo, że bardzo się staram, to Lili absorbuje większość mojej uwagi i mam z tego powodu wyrzuty sumienia.

Ja do doskonałych mam nie należę, ale pocieszam się, że zdaje sobie z tego sprawę i nie próbuje nikogo przekonać, że jestem idealna, choć bardzo się staram. Nie zawsze zdążę spędzić dzień tak jak go planowałam, nie zawsze zdążę pobawić się z Em i nie zawsze poświecę jej tyle uwagi ile ona potrzebuje. Boje się, że taka sytuacja może wpłynąć na jej poczucie wartości, bo może czuć się zaniedbana.

Jestem zmęczona po nocnym karmieniu, sfrustrowana brakiem czasu i załamana bezsilnością, kiedy obie płaczą. Nie jestem matką idealną, daleko mi też do matki szczęśliwej. Teraz jestem matką sfrustrowaną i przestraszoną. Boje się, że nie sprostam oczekiwaniom moich dzieci i po latach powiedzą mi, że dałam im za mało. Ja mam żal do mamy, że poświęcała mi za mało czasu, więc obawa jest tym większa, że wiem, co czuje dziecko, któremu brakuje czasu z mamą.

Teraz odciągaczem uwagi od Em jest  Lili a potem pojawi się praca, hobby, pragnienie czasu dla siebie, budowa domu, pasje, a gdzie w tym wszystkim znajdę czas dla niej? Czy fakt, że teraz spędza czas ze mną w domu wystarczy? Przecież ja zajęta Lil, szyciem, sprzątaniem itp. nie daję jej 100% siebie. Em dostaje mnie tylko troszkę, bo muszę dzielić uwagę na cały dom. Jedyny czas gdy mogę się jej w pełni oddać jest właśnie wieczorem. Gdy tylko zabawa zaczyna się rozkręcać nagle okazuje się, że już jest pora na kąpiel i sen. Moje serce znowu pęka, gdy każda taka zabawa kończy się płaczem, bo Em jest mało mamy i nie chce iść jeszcze spać. Moja kruszynka jest w stanie zrezygnować z popołudniowej drzemki, aby tylko mama się z nią pobawiła. Wiem, że za 2 góra 3 miesiące Lilka będzie bardziej samowystarczalna a co za tym idzie odzyskam trochę czasu dla Em ale nie wiem jak te miesiące wpłyną na nią. Czy obecna sytuacja może ukształtować jej relacje z Lili? Czy nie pojawi się zazdrość i rywalizacja o uczucia mamy? Czy kiedyś nie będzie miała do mnie żalu, że poświęcałam jej za mało czasu. Jak dzielić jeden dzień na dwójkę dzieci, kiedy z każdym chce się spędzić każdą chwile?

Kolejna ciężka noc, ale muszę być silna bo Em na mnie liczy. Wiem, że dla niej muszę znaleźć dodatkowe pokłady energii i siły. Muszę znaleźć energię na zabawę i wygłupy w ciągu dnia. Zbieram się w sobie, bo chcę być lepsza. Odłożę pranie na jutro, daruje sobie szycie i poświecę całe popołudnie na zabawę z Em... tylko co zrobię jutro?



wtorek, 3 czerwca 2014

NIBYLANDIA, CZYLI WSZYSTKO JEST MOŻLIWE



Dzisiejszy temat zawdzięczamy: Misja Macierzyństwo.

Temat: NIBYLANDIA, CZYLI WSZYSTKO JEST MOŻLIWE

Na początku muszę przyznać, że nie miałam pojęcia jak ugryźć temat. Lilianka potrzebuje dużo uwagi, Em jest troszkę zazdrosna, więc też poświęcam jej maksimum czasu. Który mi został i doszłam do wniosku, że ten tydzień sobie odpuszczę. Na szczęście Em pokazała mi, że wszystko jest możliwe a ona sama dostarczy mi materiału na post.

Em ma bardzo bujną wyobraźnię. Potrafi bez problemu zająć się sama sobą i wymyślić zabawę, która pochłonie ją na dłuższy czas i na tym skupiłyśmy się podczas tego tygodnia (a właściwie dwóch). 

Hasło przewodnie tych dwóch tygodni : Rusz wyobraźnią !


Zabawa w POJAZDY

Em uwielbia autka, „mototy” i inne pojazdy, które mają koła i są w stanie przemieszczać się  razem z nią. Niestety w warunkach domowych nie jesteśmy w stanie spełnić jej oczekiwań (wprawdzie na wsi u dziadków ma samochodzik, ale nie jeździmy tam częściej niż raz w tygodniu). Ostatnio Em dostała od dziadków rowerek na dzień dziecka, ale do tego czasu posiłkowała się własną fantazją:

Pojazd nr 1
Na co dzień służy jako deska do prasowania, ale kiedy zachodzi potrzeba przemienia się w połączenie motoru i poduszkowca, którym Em jeździ po domu nierzadko przewożąc swoich pluszowych przyjaciół.






Pojazd nr 2
Wózek golfowy. Służy do pchania, ciągnięcia i jazdy wierzchem. Zdecydowanie trudniej się nim przemieszczać ze względu na rączkę, która spowalnia, ale dla chcącego nic trudnego :)







Kolejna zabawa to zabawa w LALE

Za Lale- Lile służą Em misie, grzechotki Lili ale czasami jej przedmioty- jak koszyk, czy wózek. Em lula misie, przewija je, czyta im bajki,  gdy płaczą daje smoczka i kołysze.










Ostatnia zabawa- zabawa w telefon do Babci

Za telefon służy Em kartonowa karta, czasami stary pokrowiec od telefonu, ale telefonowała tez metką od ubrania, ręką i długopisem. Z racji, że zdjęcie nie odzwierciedlą całej zabawy załączam filmik:







środa, 28 maja 2014

Godnie urodzić

Jestem dosłownie na świeżo z tematem. Lilianka leży w koszyczku, Em z tata na zakupach więc mam chwilkę na pisanie. Wspomnienia porodu to zawsze indywidualna sprawa. Odczuwanie bólu, to subiektywne doznania rodzącej- jedne piszą o znośnym bólu, inne o takim nie do wytrzymania.

Ja zawsze myślałam, że mój próg bólu jest wysoki- może nie zniosę wszystkiego, ale sporo wytrzymuje, więc poród nie przerażał mnie tak bardzo a zresztą planowałam znieczulenie na czas porodu.

Od samego początku ciąży nie planowałam porodu w Szpitalu Wojewódzkim. Wiedziałam, że z brakiem znajomości i z ginekologiem, który jest znienawidzony przez personel szpitala nie mam szans na „ludzkie” traktowanie. Samo KTG wiązało się przecież z niemiłymi doświadczeniami. Nie dość, że płatne to i tak nie ominęły mnie półuśmieszki i tłumaczenie, kto i dlaczego jest moim lekarzem prowadzącym a potem problem z odczytaniem wyniku, bo lekarz dyżurny akurat go nie lubi. Olewanie ciężarnych nie swoich lekarzy chyba weszło im w krew a ja nie miałam zamiaru podlizywać się obcym osobom tylko po to, by łaskawie spojrzały na mnie i sprawdziły czy z maleństwem jest wszystko ok.

Myślałam, pojadę do Kliniki i do czasu dojazdu będzie bolało, ale potem dostanę znieczulenie i urodzę godnie, bez bólu, bez pielgrzymki stażystów,  w cywilizowanych warunkach. Nikt mi łaski nie zrobi. Nikt nad głową nie będzie kolejnej ciężarnej badać, bo tylko jeden pokój zabiegowy a trzeba rozwarcie sprawdzić. Moja godność nie zostanie naruszona, a ja dalej będę czuła się dobrze.

Moment przed porodem wspominam dobrze:

18.00 Zaczynają się regularne skurcze

22.00 wizyta kontrolna u mojego lekarza. Lekarz stwierdza brak rozwarcia, ale informuje, że jeżeli przez kolejna godzinę skurcze będą regularne co 5-6 minut i będą trwały więcej niż 30 sekund szyjka zacznie się obkurczać i pora jechać do Kliniki na poród.

23:30 Skurcze co 5 minut- Wyjazd do Kliniki (150 km przed nami).

Tu pokłony dla mojego męża bo:

1:00 Wejście do Kliniki i podpięcie do KTG. Skurcze regularne co 3 minuty- brak rozwarcia

2:00 Skurcze bardzo bolesne co 1,5 -2 minuty - ja sama z mężem w Sali porodowej. Przychodzi położna stwierdza brak rozwarcia- brak akcji porodowej (mimo regularnych skurczy). Odpina KTG. Wychodzi do Sali obok- bo mają dziś sporo porodów. Zostawia nas samych.

2:30 Chodzę po ścianach- brak reakcji personelu- nie ma akcji porodowej.

3:00 Badanie przez lekarza. Błagam o znieczulenie. Pan doktor stwierdza brak rozwarcia- co oznacza brak akcji porodowe- znieczuleni mi się nie należy, ale w końcu informuje nas, że nie mamy szansy na naturalny poród.

3:05 Zgadzam się na cesarskie cięcie- Położna dzwoni po mojego lekarza prowadzącego

3:40 Na świat przychodzi Lilianka


Waga 3014

Wzrost 53 cm

Urodzona z opętleniem na szyi i supłem na pępowinie. ( Zapewne od siły skurczy, bo w tym samym dniu miała robione przepływy i nie było żadnych opętleń i supłów).

Miałam rodzić po ludzku, miałam czuć się komfortowo, bo prywatna Klinika i co?

Przetrzymali mnie  2 godziny, bo nie chciałam się zgodzić na cesarskie cięcie a oni mieli akurat inne porody. W wywiadzie mówiłam, że skurcze od 18. Wiedzieli, że nie dam rady naturalnie, że nie będzie rozwarcia, ale mieli inne porody. Nie mogłam im zacząć rodzić więc mogłam poczekać. Dopiero po 2 godzinach od momentu wejścia do Kliniki lekarz znalazł czas żeby mnie zbadać. Byłam ostatnią rodzącą w nocy.

Rozumiem, że to sobota, że 3 w nocy, że nie jestem jedyna a lekarz dyżurny  jeden, ale przecież mogli wezwać moje lekarza wcześniej. Mogli powiedzieć mi wcześniej, że nie ma rozwarcia więc poród nie nastąpi naturalnie. Mogli zrobić wiele- nie zrobili nic.

Myślałam, że prywatna Klinika da mi komfort i poczucie bezpieczeństwa. Myślałam, że mamy XXI wiek, że każdemu należy się informacja i godziwe traktowanie. Myślałam, że rodząca to szczególny przypadek pacjenta, bo w sumie jest dwoje pacjentów więc i opieka powinna być podwójna. Rozczarowałam się.

O ile w Szpitalu mogłabym spodziewać się czegoś takiego o tyle od prywatnej Kliniki oczekiwałam czegoś więcej. Nie powiem, że opieka PO była zła- bo nie była. Troska i pełne wsparcie od kolejnego dnia rano, ale uczucie braku doinformowania i zagrożenia życia malutkiej pozostaną.

Wiem, że gdybym pojechała na indukcję w wyznaczonym terminie lub gdyby to była umówiona cesarka to traktowanie byłoby inne. Wiem, że takie Kliniki dążą do cesarskich cięć tak jak szpitale starają się ich unikać wiem, ale moje pytanie brzmi: Co znaczy rodzić po ludzku?

Czy kobieta, która chce urodzić bez bólu jest gorsza od tej co ból znosi?

Czy ta, która decyduje się na cesarkę bo tak woli jest gorsza od tej co wybiera naturalny poród?

Czy tylko te osoby, które mają znajomości mogą czuć się komfortowo przy porodzie?

Czemu w XXI wieku kobieta musi rodzić w bólach?

Czemu nie należy się nam komfort i poczucie godności?

Ostatnie KTG w Szpitalu. Oddział Patologii ciąży. Ja na kozetce podpięta do aparatu. Wpada położna, krzyczy na mojego męża, że w pokoju zabiegowym nie może stać, bo to nie przychodnia i wyprasza go, oraz wszystkich, którzy byli na korytarz. Przynosi parawanik, żeby odgrodzić mnie od krzesła ginekologicznego. Niefortunne parawan niski, krzesło wysokie a ja leżę w takiej pozycji, że i tak krzesło widzę. Wprowadzają ciężarną. Ona widzi mnie ja ją. Obie jesteśmy zmieszane. Każą jej usiąść na krześle. Ja zamykam oczy ona zapewne siada. Niestety słuchu zamknąć nie mogę i słyszę badanie, ile ma centymetrów rozwarcia, jakie jeszcze zabiegi wykonają jej przed przejściem na salę porodową. Niby wszystkim robią to samo, niby ja też będę rodzić, ale mimo wszystko- przecież mogli poczekać te 5 minut, albo KTG zakończyć ciut wcześniej dla mojego i jej komfortu. Potem Pani Położna przygotowywała się do zabiegu w tym pokoju, w którym byłam ja i cały osprzęt nosiła do łazienki, więc gdyby ktoś przypadkiem przegapił jakie zabiegi zalecono rodzącej to mógł napocznie nadrobić. Ja wiem, że przy porodzie poziom poczucia godności spada wraz z bólem i potem to już wszystko jedno, ale zaraz po porodzie jednak wraca i czujemy się niekomfortowa, a po co?

Przecież położne to też kobiety.

Mam wrażenie, że kobiety kobietom zgotowały ten los.

Bagatelizujemy poród przez cesarskie cięcie- bo to nie prawdziwy poród.

Bagatelizujemy ból- bo zaraz po się zapomina.

Bagatelizujemy same siebie- bo nie mogę się oszczędzać, bo kto przy dziecku zrobi.

Umniejszamy same siebie, tylko nie wiem po co?

Czy nie zasługujemy na godziwe traktowanie, na brak bólu, na komfort porodu?

Czy nie zasługujemy na to by rodzić lepiej niż nasze babcie?

Czy rozwój medycyny nie daje nam prawa aby oczekiwać czegoś więcej niż to co nam obecnie oferują?

Czy standardowe nacięcie, brak znieczulenia i zrozumienia dla subiektywności odczuwania bólu to znak współczesnego porodu?

Czy kobiety zawsze muszą krytykować wybory innych?

Ja nie oceniam dlaczego ktoś rodził tak a nie inaczej, nie krytykuje, nie potępiam- sama musiałam dokonać wyboru, ale smuci mnie, że ten wybór sprowadza się jedynie do cesarki lub porodu  naturalnego a potem spojrzeń i obowiązku usprawiedliwiania się, dlaczego miałam cesarke.


Jedyne czego chcialam- to rodzić po ludzku.