poniedziałek, 14 września 2015

3-cie urodziny.


Post spóźniony, ale myślę, że warto było czekać na naszą mini relację J

Zacznę od tego, że do tej pory urodziny Emi obchodziliśmy w domu w gronie rodzinnym, jednak w tym roku ze względu na wiek Emi i jej energię postanowiliśmy spróbować imprezy w Sali zabaw.

Za tą opcją przemówiło troszkę nasze lenistwo i brak miejsca na organizowanie większej imprezy w domu. Emi kończyła 3 lata i chciała zaprosić swoich znajomych z przedszkola, a wizja kilku dzieciaków w wieku 2-4 lata biegających po domu była idealnym motywatorem do poszukania Sali zabaw.

Dziewczynki wyglądały cudownie. Emi jako solenizantka prezentowała się pięknie i wytrzymała w ozdobach na włosach całe 20 minut. Lila również pokazała klasę i trzymała się tak do 30 minut. Śmiechu i wrzasków było co niemiara. 

Dzieci zachwycone zabawą a my teoretycznie mieliśmy czas na posiedzenie i rozmowy.




 Klocki,  lalki, samochody, trampolina piłki i tor przeszkód- musze przyznać, że po tak szalonej zabawie dziewczyny popadały jak małe muszki i spały do rana. Za to wielki plus J















Dodatkową atrakcją był sympatyczny Pan robiący balonowe zwierzątka. Emi zarzyczyła sobie tygryska :)











Niestety nie mam zdjęć jak Emi dmucha świeczki, bo trzymałam solenizantkę na rękach, ale jego uroki mogliście podziwiać na Facebooku. Torcik naprawdę spełnił swoje zadanie, nie tylko zachwycał wizualnie, ale tez był pyszny. 

O tak te urodzinki należały do udanych. Za rok też wybierzemy salę zabaw. 

czwartek, 3 września 2015

List do E.

Do dziś pamiętam tą radość, jaka napełniła moje serce, gdy Cię pierwszy raz ujrzałam. Do dziś pamiętam łzy, które popłynęły po moich policzkach, gdy położono Cię na mojej piersi. Do dziś pamiętam świadomość, że oto pojawił się ktoś całkowicie bezbronny i zależny od mojej miłości. Czysty i idealny w swojej maleńkiej postaci. Biała kartka, którą mogę zapisać dobrymi emocjami. Moja miłość, moje szczęście, mój mały świat. 

Dziś daję Ci w prezencie trzy dary: Wiarę, nadzieję i miłość. Przyjmij je ode mnie i pamiętaj, że one nigdy się nie skończą.




Kochana córeczko, zasługujesz na ogromną miłość. Ja każdego dnia mówię Ci jak bardzo Cię kocham i jaka jesteś dla mnie ważna. Nie dlatego, że coś potrafisz, nie dlatego, jaka jesteś ale za to że jesteś. Moja miłość do Ciebie płynie ogromnym strumieniem, który ma za zadanie umacniać Cię i uświadamiać, że bez względu na wszystko ten strumień nigdy się nie skończy. Nie musisz się starać i nie musisz zasługiwać na miłość, nie musisz nikomu nic udowadniać. Moje pokłady nigdy się nie skończą. W jakiejkolwiek sytuacji byś się nie znalazła ten strumień nigdy nie wyschnie. Moja miłość jest nieskończona i całkowicie bezwarunkowa. Kocham Cię od samego początku, a w momencie narodzin moje serce zabiło tylko dla Ciebie i tak już zostanie, bez względu na wszystko.



Wiara:

Moja wiara w ciebie nigdy nie osłabnie. Ona nie jest związana z Twoimi wynikami ani osiągnięciami. Wierzę, w Twoją dobroć, czyste serce i miłość bezwarunkowo. Wiem, że nawet z najgorszych opresji jesteś w stanie wyjść cało, bo w Ciebie wierzę. Wierzę w Twoje przyszłe sukcesy i w to, że będziesz szczęśliwa. Wierzę w Twoją szczerą intencję i otwarte serce, bo nawet dobry człowiek czasem dokonuje błędnych decyzji. Popełnisz w swoim życiu wiele błędów a ja zawsze będę obok wierząc w słuszność Twoich decyzji i otaczając Cię ogromem mojej miłości- zawsze i bezwarunkowo.




Nadzieja:
Moje przekonanie o Twojej wyjątkowości bierze się ze świadomości, że zostałaś powołana na ten świat w konkretnym celu. Jesteś wyjątkowa w każdej postaci w każdym momencie i czasie. Jesteś jedyna na świecie. Nie ma takiej drugiej. Moje serce przepełnia duma, a duma ta nigdy nie osłabnie. Nie ma rzeczy, która mogłaby ją zmniejszyć, ja zawszę będę dumna, że mogłam dać Ci życie. Bez względu na wszystko moje serce bije dla Ciebie.

Kochana córeczko moja nadzieja, że Twoje życie będzie szczęśliwe bierze się z wiary, że moja miłość ochroni Cię przed przeciwnościami. Moje myśli już na zawsze będą z Tobą, a wiara w Ciebie sprawia, że ufam w Twoje sukcesy. Ufam też, że te sukcesy zmierzysz własną miara i one będą wyznacznikiem Twojego szczęścia. Mam nadzieję, że znajdziesz drogę do spełnienia własnych marzeń, że wyrośniesz na pewną siebie kobietą, która napełniona miłością, nie będzie o nią zabiegać. Mam nadzieję, że nauczona akceptacji i radości z życia przeżyjesz je w pełni- wyciskając każdą kropelkę. Mam nadzieję, ze czując parasol bezpieczeństwa jakim otoczy Cię moja wiara, nadzieja i miłość do Ciebie sprawią, że w pełni ufna będziesz przecierała szlaki swojego życia, popełniała błędy, cieszyła się życiem i płakała wiedząc, że ja zawsze będę obok aby pocieszyć, bez oczekiwań, bez warunków jedynie z miłością, wiarą w ciebie i nadzieją.

Jesteś moim szczęściem, moim sensem życia i ogromną miłością. Jestem zawsze przy Tobie, bez względu na wszystko. Kocham Cię zawsze, bez względu na Wszystko.
Mama

czwartek, 27 sierpnia 2015

Zatorland- czyli kraina dinozaurów

Byliśmy w Krakowie już kolejny raz. Rynek znamy, Wawel też a spacer po sukiennicach wydawał się nam mało atrakcyjny dla naszej gromadki, więc szukaliśmy mocniejszych przygód. Wybór padł na Zatorland- miejsce dla dzieci i dorosłych, kompleksowy park rozrywki, który jak głosiły reklamy to wspaniałe miejsce dla rodzin na spędzenie dnia pełnego wrażeń. Z Krakowa to podróż 40 minutowa więc akurat na tyle, żeby dzieci nie zaczęły jeszcze marudzić, ale też, żeby nie zdążyły zasnąć. 

Dotarliśmy w godzinach południowych. Wejście dla dzieci do 3 lat to jedynie złotówka, więc  tym bardziej chętnie stanęliśmy w kolejce do kasy. Dla dorosłych cena za zwiedzanie całego kompleksu to kwota 50 zł za sam park dinozaurów + plac zabaw 30 zł? Dużo? Mało? Dla nas sporo, ale w końcu raz się jest na wakacjach więc bierzemy bilet na wszystkie parki. 

Zaczynamy od Dinozaurów. Emi zachwycona, ja zdecydowanie mniej, ale nie jest źle. Dinozaury reagują na fotokomórkę, więc ruszają się i ryczą gdy ktoś przechodzi obok- w teorii. W praktyce przechodziliśmy po kilka razy machając przed fotokomórką torebką, żeby zobaczyć co robią. Niektóre tryskały wodą z różnych części ciała. Sikający T-Rex nas rozbawiła, ale krokodyl „ wymiotający” wodą zmartwił Emi. Do końca zwiedzania martwiła się, że jest chory. Ogólne wrażenie całkiem przyzwoite, choć zapewne większe dzieci miałyby więcej frajdy dowiadując się co nieco na temat życia i sposobu żywienia tych gadów.








Po zobaczeniu wszystkich dinozaurów ruszyliśmy na plac zabaw. Przejazd samochodzikami i zabawy w piasku w poszukiwaniu skamielin zajęły nam troszkę czasu, ale spore słońce odstraszyło nas i od odkrytych trampolin i od odkrytych zjeżdżalni. Postanowiliśmy ruszyć Dinociuchcią do Parku Bajek.




Ciuchcia miała ograniczoną pojemność, więc w oczekiwaniu na kolejny transport ruszyliśmy do Parku owadów. Tu spore zaskoczenie, bo udostępnione były nie tylko wózki dla małych dzieci, ale też rowerki i hulajnogi dla starszaków. Emi śmigała na rowerze nie wiele uwagi poświęcając mijanym owadom. Ja poświęciłam troszkę czasu na ich obejrzenie i byłam ciut rozczarowana. Wiem, że teren jest odkryty, więc wiernego odbicia insekta w powiększeniu nie doświadczę, ale spodziewałam się czegoś więcej niż metalowych owadów pomalowanych farbą, niemniej dzwięki jakie wydawały i dodatkowe efekty dzieciom podbały się ogromnie.



Pora ruszyć Dino pociągiem na dalsze zwiedzanie.



Park Mitologii sobie podarowaliśmy, wiec powiem tylko to co usłyszałam w Kasie, że zwiedza się go statkiem, my ruszyliśmy wprost w ramiona Bajek.

Okazało się, że w parku oprócz bajek są też wodne zwierzęta, więc obok Złotowłosej można spotkać walenia a razem z księżniczkami dumnie stoi  morświn. Śmieszne? Dziwne? Dla mnie trochę nietypowe, ale na zwierzęta morskie nie zwracaliśmy większej uwagi skupiając się na bajkach. Postacie z bajek rozsiane po całym kompleksie, do tego chatki, gdzie można było zobaczyć fragmenty bajki i usłyszeć ją całą puszczaną z nagrania.





Na terenie było też lodowisko, gdzie można było sobie pośmigać razem pingwinkiem do nauki jeżdżenia, ale nasze zmęczenie było już tak duże, że jedyne na co się porwaliśmy to obejrzenie Parku do końca, powrót na przełaj między linami zabezpieczającymi i szybki powrót do samochodu. Dziewczynki posnęły niemal natychmiast a my nie mieliśmy siły na nic więcej.

Dzień mega męczący, ale dla szkrabów atrakcyjny a ja, no cóż zrobiłabym ten park ciut lepiej, ale i tak było fajnie J


piątek, 14 sierpnia 2015

Wakacje bez dzieci

Z roku na rok prawdopodobieństwo, że uciekniemy gdzieś bez dzieci maleje, nie tylko ze względu na fakt, że dzieci są coraz większe, więc i pokusa pokazania im świata większa, ale też dlatego, że ciężko się rozstać na tak długo.

W tym roku podjęliśmy próbę i wybraliśmy się na weekend do Berlina. Wycieczka zorganizowana z przewodnikiem, więc ciężej się wycofać i tak chcąc nie chcąc wyruszyliśmy. Pierwsza noc to poczucie wolności, wielka radość, że uda mi się wyspać, odsapnąć od dnia codziennego, zobaczyć troszkę świata i naładować baterie na kolejne miesiące. Pierwszy dzień to intensywny odpoczynek na tropikalnej wyspie. Oczywiście pierwsza myśl, to taka, że szkoda, że dzieci nie ma z nami, bo na pewno by się świetnie bawiły i obietnica, że wrócimy tam z nimi. Sama atrakcja naprawdę ciekawa nie tylko dla maluszków, ale jak dla mnie tropikalny klimat jest za duży jak na dłuższy pobyt. Jeden dzień w zupełności nam wystarczył i nie wyobrażam sobie pozostanie pod tą kopułą na noc w hotelu. Ogólnie pomysł jak najbardziej trafiony, klimat miejsca całkiem sympatyczny, sporo ciekawych miejsc do zwiedzania i odpoczynku. Tropikalna wyspa to idealne miejsce na jednodniowy odpoczynek i poczucie się jak na wyspach bali J







Kolejne dni nie były już takie relaksujące, nie tylko ze względu na fakt, że w planie mieliśmy intensywne zwiedzanie, ale przede wszystkim dlatego, że wyparowała ze mnie cała ułuda wolności i zaczęła się ogromna tęsknota za moimi skarbami.

Berlin mnie nie zachwycił kompletnie. Nie wiem, czy to wina tęsknoty, czy wrażenia, ale czułam się zamknięta w PRL-owskim mieście, do którego cywilizacja dociera powoli, a smutek i szarość budynków z czasu Komunizmu przepełniał mnie smutkiem i poczuciem jakiegoś wewnętrznego niesmaku i braku estetyki ( poza bramą Brandenburską of course). 


 Zachwycił mnie za to Poczdam o rzut beretu od Berlina prześliczne miasto, z naprawdę ciekawą historią i cudownym kompleksem pałacowym. Nie tylko pałac i ogrody jest wart wybrania się na wycieczkę ale okoliczne domy mieszkalne, z zachwycającą architekturą .



 Drezno to kolejne miejsce do którego chciałabym wrócić z dziećmi. Miasto urzekło mnie w całości i nie tylko cudowną starówką i barokowymi budowlami, ale klimatem i niezwykłymi widokami.




W każdym miejscu myślałam o tym, że chciałabym tu wrócić z dziewczynkami. Tęsknota dawała mi się we znaki niemiłosiernie. Dodatkowo denerwowało mnie, że D. potrafił się zrelaksować i nie tęsknił, a przynajmniej nie okazywał tego, że tęskni tak mocno jak ja. Powrót do Wrocławia to był już cios poniżej pasa. Telefon do domu i prośba Emi, żebym wracała i wzięła ją na ręce powaliła mnie na ziemię. Zbierałam się nie mogąc powstrzymać łez. Mimo, że Wrocław będzie zaraz po Krakowie moim ulubionym miastem to brak dzieci, zły humor i temperatury dały się nam ostro we znaki, więc chodziliśmy jak tykające baby. Myślę, że doskonale widać na zdjęciach w jakich byliśmy humorach a ja jedyne o czym myślałam, to żeby wyjechać z Wrocławia jak najszybciej, bo wtedy wcześniej dotrę do domu.




Przyjechałam w środku nocy, a mimo to obie obudziły się gdy przyszłam zobaczyć je śpiące i skończyło się na nocnych rozmowach i tuleniu. 

Mieliśmy w planach tygodniowy wyjazd do Chorwacji i Czarnogóry we wrześniu, ale wiem, że ja bez dzieci już się nigdzie nie wybieram. Dla mnie ten wyjazd pokazał, że nie mając dzieci obok siebie nie tylko nie umiem się zrelaksować ale też stresuję się jeszcze bardziej. Jeden dzień gdy skarby nocują u babci to ładowanie akumulatorków, kilka dni to zwyczajna męka. Dla mnie wypad bez dzieci na wakacje to jak wyjazd bez serca, niby jesteś, niby zwiedzasz a myślami jesteś przy tych, których kochasz najmocniej.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Ja to mam szczęście




Pobudka kopniakiem w twarz. Chwila ciszy i znowu to słyszę. Płacz, nie to wrzask połączony z jojczeniem. Lila się obudziła. Chwila konsternacji. Jestem w łóżku z nogą Emi na twarzy. Zerkam na zegarek 6.40. Pora wstać. Płacz jest coraz głośniejszy. Trzeba zrobić mleko, może jeszcze zaśnie. Pęcherz zaczyna mi pękać, ale nie mam czasu iść do toalety, bo Lil zaraz obudzi Emi. Mleko gotowe lecę do pokoju. Zaczyna się wojna. Lila wiszczy, bo widzi mleko a ja muszę ją jeszcze przewinąć. Ok. Lila spi. Zerkam na zegarek. 7.00. Nie ma sensu się już kłaść. Lecę do toalety i na kawę. Ok. zdążę jeszcze poćwiczyć zanim wstanie na dobre. 8.00 włączam Chodakowską i słyszę płacz. No nie, dziś znowu nie dam rady poćwiczyć. Zabieram się za śniadanie i ogarnięcie harmideru z poprzedniego dnia. Stosy garów, wszędzie zabawki i ogromna sterta prania. Witaj mój dniu. Zaczynam ogarnianie i czuję jak narasta moja złość. Przecież wrzucenie ciuchów dzieci do kosza na pranie i wstawienie brudnych talerzy to chwila, a jednak D. znowu zapomniał. Złość. Znacie to?

Ja denerwowałam się brudnymi skarpetkami i brakiem worków w koszu. Wkurzało mnie, że brudne ciuchy dzieci zawsze czekają na mnie w zlewie, bo D nigdy ich nie zapiera. Wkurzało, teraz już nie, bo dotarło do mnie jak wielkie mam szczęście.

Codzienność potrafi sprawić, że zapominamy, jak ogromnym szczęściem jest to co mamy. Przecież te brudne skarpety znaczą, że nie chodzimy boso, a pusty kosz, że mieliśmy co jeść. Płacz moich dzieci przypomina mi, że są zdrowe i pełne sił, a moje zmęczenie to dowód, że mam dla kogo żyć.

Historia Kajtka sprawiła, że uświadomiłam sobie jak wielkie mam szczęście i jak szybko mogę się do niego przyzwyczaić, zapominając, że to czym zostałam obdarzone nie jest mi zagwarantowane. Wystarczy chwila, czasem mniej, by stracić wszystko, a ja wkurzam się na jakieś głupie skarpety. Czym jest bałagan w domu w obliczu tragedii jakie spotykają innych. Czym byłby w obliczu mojej własnej tragedii. Jak taki detal i tak mało ważna sprawa była w stanie popsuć mi cały dzień. Teraz nie wiem. Dziś, zanim zdążę się zdenerwować myślę, co by było, gdybym nie miała tego bałaganu. Jak wyglądałoby moje życie bez nich i złość mija. Zastępuje ją radość, że mam to co mam. Rachunki, dom, cudowne dzieci i wspaniałego męża, który tak jak ja ma wady, ale morze zalet, które dopiero zaczynam dostrzegać. To nie on musiał się zmienić, by zaczęło nam się układać. To ja musiałam popracować nad sobą.


Śmiech to moja codzienność. Radość z małych rzeczy i oddanie siebie innym. To wraca. Znikają własne lęki i frustracja. Zapominam o pierdołach i cieszę się dniem. Brudne garnki, bałagan w łazience? Urządzimy dziś wielkie sprzątanie z dziewczynkami a jak nam się nie będzie chciało to porobimy coś innego. Dziś mi się nie chce, więc sprzątanie przekładam na jutro. Bałagan w domu to znak, że mogę się beztrosko bawić z dziewczynkami i dowód, że zmieniłam priorytety. Chcesz mnie odwiedzić? Teraz jak wpadniesz bez uprzedzenia musisz torować sobie drogę do salonu, w łazience pewnie przykleisz się do podłogi, ale ja pedantka z obsesja na punkcie kurzu mam to gdzieś. Jak bałagan zaczyna mnie denerwować to sprzątam, bo on denerwuje mnie, ale nie tracę już czasu na bezsensowne codzienne porządki. Po co? Jutro znowu będzie bałagan, a dziś już nie wróci, więc szkoda zmarnować je na złości, lepiej się poprzytulać J

poniedziałek, 13 lipca 2015

Z rodziną najlepiej na zdjęciu….



Wiem, że nie każdy tak ma. Ja miałam to ogromne szczęście urodzić się w cudownej rodzinie, gdzie oprócz więzów krwi łączą nas zażyłości i przyjaźnie. Moja rodzina, dzięki mojej babci jest ze sobą naprawdę zżyta a moje kuzynostwo jest dla mnie tak bliskie jak rodzeństwo. Nie mówimy do siebie kuzyn a brat/ siostra.

Raz do roku organizujemy spotkanie rodzinne, gdzie spędzamy weekend we własnym gronie. W tym roku to już 7 raz spotykamy się, by móc ze sobą spędzić czas. Wszystko zaczęło się w 2009 roku po śmierci mojej babci. Z obawy o to, by nasze relacje po śmierci najstarszego członka rodu nie zmieniły się, jedna z moich sióstr wymyśliła weekendowe zjazdy rodzinne.

Miejsce wybiera przegrany z poprzedniego roku i to on organizuje nam atrakcje. W tym roku zjazd organizowany był w Krynicy Górskiej. Pierwszy dzień zaczął się od imprezy 18-tkowej mojej siostrzenicy, czyli pierwszej z młodszego pokolenia, która weszła w wiek dorosłości. Tematem przewodnim imprezy były lata ’70 czyli dzieci kwiaty. Dodam bez skromnej przesady, że mój luby był najlepszym hipisem na całej imprezie, a ja byłam dumna, bo strój tworzyłam mu sama J.






O tym kto organizuje zjazd w Następnym roku decydują kalambury. Przegrana rodzina w tej konkurencji ma za zadanie znaleźć ciekawe miejsce w Polsce i zorganizować nam zjazd. Śmiech przy tym co nie miara, bo każdy chce się spotkać, ale nikomu nie chce się organizować zjazdu, więc walka o wygraną jest naprawdę zacięta ;) Trofeum w walce jest kryształowy wazon naszej babci, który przypomina nam o dzieciństwie u babci.



W tym roku odbyły się też pierwsze konkursy plastyczne dla dzieci. Emi jak zwykle popisała się talentem malarskim a płótno czeka na oprawienie w ramki. Temat pracy- nasz zjazd.




Dla niewtajemniczonych nasz to ten na dole po lewej. Ja się na obrazie znalazłam ;)

Tradycją stało się też ognisko z możliwością pieczenia kiełbasek, gdzie we wspólnym gronie bawimy się lepiej niż dzieci.
Niedziela to czas atrakcji dla rodziny. W tym roku dzieciaki miały frajdę w postaci oglądania policji i straży pożarnej. Lila i ja nie wybrałyśmy się na zwiedzanie, ale Emi z tatą bawiła się dobrze J






Taki zjazd do doskonały sposób na poznawanie siebie, rozmowy i wspomnienia z dzieciństwa. Wiele nas różni ale łączy nas znacznie więcej, więc z moją rodzinką zawsze wychodzi się dobrze, nie tylko na zdjęciach.

piątek, 10 lipca 2015

Gdzie dwoje się kłóci tam… dziecko traci.


Życie z drugim człowiekiem, który ma zupełnie inny niż my charakter, inne doświadczenia życiowe, poglądy i sposób na życie jest naprawdę sporym wyzwaniem. Przecież nie ma na świecie dwojga takich samych ludzi a nawet podobne charaktery nie gwarantują jednomyślności.

Współistnienie, wspólne obowiązki, oczekiwania często rodzą odmienne zdania i konflikty. Czasami błahostki rozpoczynają wielką batalię wojenna, której początku nawet nie pamiętamy. Setne przypomnienie, kolejna prośba o to samo, różnica poglądów i konflikt gotowy.

Dorośli ludzie często sami nie umieją poradzić sobie z problemami i rozmiarem emocji jakie towarzyszą zwykłej kłótni. Prawda jest taka, że my sami nie do końca odkrywamy wszystkie uczucia przed druga osobą i gdy kłótnia się zaognia zaczynamy wylewać nagromadzony i przemilczany żal, za rzeczy o których zapomnieliśmy wspomnieć partnerowi wcześniej, bo wtedy były tylko błahostką. W trakcie kłótni, gdy emocje biorą górę, te błahostki urastają od rangi problemów nie do przeskoczenia.
Umiejętność rozładowywania emocji przez krzyk opanował pewnie każdy z nas, niestety umiejętność dyskusji i logicznego argumentowania swoich emocji już nie. Kłótnia jest dobra o ile kończy się zgoda wyjaśnieniem sobie swoich stanowisk i dojściem do rozwiązania problemu (moim zdaniem kompromis nie jest wcale dobrym rozwiązaniem).

Na studiach miałam wiele godzin zajęć związanych z negocjacjami i rozwiązywaniem konfliktów, niestety w życiu nikt nas nie uczy, że czasami warto odpuścić kłótnie, by potem na spokojnie porozmawiać o tym, co wyprowadziło nas z równowagi a przecież właśnie taki sposób komunikacji, gdy partner jest zaangażowany w rozwiązanie konfliktu jest nie tylko lepszy, bo nie wywołuje niepotrzebnego bólu, ale tez efektywniejszy, bo możemy argumentować i udowadniać swoje racje. Zdrowa dyskusja, sprzeczki umacniają więzi, bo pozwalają partnerom na pokazanie swoich emocji, poszukanie rozwiązań i pozostawienie problemu za sobą.

Tyle w teorii….

Praktyka to niestety ostra wymiana zdań, wrzaski, płacz, szlochy, rzucanie przedmiotami, przeklinanie, groźby i szantaż emocjonalny. W praktyce nasze emocje nie dają się okiełznać a złość i gniew zastępują zdrowy rozsądek. W praktyce mały detal może przyczynić się do rozpadu nawet silnego związku. A co kiedy obok nas są dzieci?

Krzyk jak forma wyrażenia swojego niezadowolenia.

Pod wpływem silnych emocji krzyk staje się naszą tarczą na odparowanie wywodu partnera. Zapominamy o zdrowym rozsądku i zamiast logicznie argumentować zaczynamy mówić coraz głośniej. Dziecko, które stoi z boku nie zawsze rozumie nasze emocje ale krzyk doskonale rozumie. Dostaje prosty komunikat, że krzyk jest formą wyrażania emocji. Przecież tak właśnie komunikują się rodzice. Dziecko z domu, w którym się krzyczy też krzyczy. Przecież nie umie inaczej. Jego krzyk jest jednak znacznie intensywniejszy, szczególnie gdy nie umie jeszcze precyzyjnie wyrazić swoich myśli i emocji.

Krzyk jako atak

Krzyk jest agresją. Nie fizyczną a słowną. Wykrzyczane słowa trafiają w nas znacznie bardziej niż wypowiedziane. Gdy krzyczymy w pewnym momencie druga strona ma dość. Z boku wygląda to na wygraną więc  dla dziecka to komunikat, że ten kto krzyczy wygrywa. Potem tą samą taktykę stosuje w swoim życiu wymuszając na nas określone zachowanie, a my często zawstydzeni godzimy się na to dając mu zielone światło do dalszego krzyku.

Krzyk to brak umiejętności komunikacji

Krzyczymy bo nie umiemy inaczej, bo partner nie „kupuje” naszych argumentów, bo chcemy wygrać bitwę. Zapominamy, że przegrywamy zaufanie i dobre relacje. Krzykiem nie da się rozwiązać konfliktu, można go  jedynie zakrzyczeć. Krzykiem nie udowodnimy swoich racji tylko brak siły i argumentów. Krzyk to forma zastraszania i manipulacji. Skuteczna? Na pewno ale bardzo niebezpieczna.

Dzieci wyrastające w domu w którym się krzyczy nie umieją rozmawiać. Emocjonują się i same krzyczą przekazując tą formę agresji jako wzorzec. Dzieci z domów w których się krzyczy boją się krzyku. Na krzyk reagują zamknięciem się w sobie i milczeniem. Dzieci które wyrastaj ą w krzyku mają problem z wyrażaniem emocji i swoich potrzeb. Zamykają się na własne uczucia bojąc się krzyku. Bojąc się albo do niego doprowadzić, albo znowu go doświadczyć. Dzieci wyrastające w domu, w którym się krzyczy nie nauczyły się konstruktywnej rozmowy i nie umieją akceptować krytyki. Przekazują wzorce wyniesione z domu swoim dzieciom.

                Życie z drugim człowiekiem nie jest proste, ale krzyk to nie sposób na komunikację. To tyrania i wymuszanie własnego światopoglądu. Krzyk niszczy, nigdy nic nie naprawia i nie pomaga. Krzyk daje ukojenie na chwilę, ale rujnuje nie tylko związek, gdy padną nieodpowiednie słowa, ale też świat dziecka a przecież to o nie nam chodzi. Krzyk jest jak bicie, ale na dłużej zostaje w sercu i pamięci, bo rani to co w środku. Skąd to wiem? Wychowałam się w krzyku i mieszkam z człowiekiem wychowanym w krzyku, komunikacja to nie jest nasza mocna strona, ale wszystko przecież da się naprawić.

Co zamiast krzyku?

Przeczytałam ostatnio książkę „Dialog zamiast kar” i uczę się języka żyrafy. Nie chodzi tylko o rozmowę z dzieckiem, gdzie zaczynam nazywać swoje uczucia, ale w rozmowie z dorosłymi też mówię o uczuciach. Efekt. Dla mnie cudowny. Nie, nie pomaga zlikwidować problemów, nawet nie zawsze je zmniejsza, ale nazwanie swoich uczuć daje mi wewnętrzny spokój, że druga strona wie, co w danej chwili czuje i krzyk traci już na znaczeniu. Nie zawsze się udaje, czasem emocje znowu biorą górę, ale staram się nazywać emocje i o nich mówić, na nich się skupiać a nie na samych słowach. Gdy jestem zła, smutna, wściekła mówię o tym i sam fakt, że to powiem zmniejsza te uczucie. W relacji z dziećmi dialog i mówienie o uczuciach daje rozwiązanie problemu w 90 %,z D. trochę mniej. Nie ma pełnej satysfakcji, ale pracujemy nad tym, bo krzyk nigdy nie dawał nam roziwązania problemu. Jest poprawa a my dopiero zaczynamy. Uczymy się rozmawiać i szukać rozwiązań argumentami nie siłą. Uczymy się mówić o własnych potrzebach i nazywać uczucia. Uczymy się radzić sobie ze złością inaczej niż przez krzyk. Uczymy się żyć ze sobą, nie tylko obok siebie tak, by obie strony były zadowolone z rozwiązania. A gdy komuś puszczają nerwy słowa „ język żyrafy” od razu przypomina nam po co to robimy. Przecież w życiu liczą się tylko oni i to dla nich chcemy zmieniać się na lepsze.