czwartek, 27 sierpnia 2015

Zatorland- czyli kraina dinozaurów

Byliśmy w Krakowie już kolejny raz. Rynek znamy, Wawel też a spacer po sukiennicach wydawał się nam mało atrakcyjny dla naszej gromadki, więc szukaliśmy mocniejszych przygód. Wybór padł na Zatorland- miejsce dla dzieci i dorosłych, kompleksowy park rozrywki, który jak głosiły reklamy to wspaniałe miejsce dla rodzin na spędzenie dnia pełnego wrażeń. Z Krakowa to podróż 40 minutowa więc akurat na tyle, żeby dzieci nie zaczęły jeszcze marudzić, ale też, żeby nie zdążyły zasnąć. 

Dotarliśmy w godzinach południowych. Wejście dla dzieci do 3 lat to jedynie złotówka, więc  tym bardziej chętnie stanęliśmy w kolejce do kasy. Dla dorosłych cena za zwiedzanie całego kompleksu to kwota 50 zł za sam park dinozaurów + plac zabaw 30 zł? Dużo? Mało? Dla nas sporo, ale w końcu raz się jest na wakacjach więc bierzemy bilet na wszystkie parki. 

Zaczynamy od Dinozaurów. Emi zachwycona, ja zdecydowanie mniej, ale nie jest źle. Dinozaury reagują na fotokomórkę, więc ruszają się i ryczą gdy ktoś przechodzi obok- w teorii. W praktyce przechodziliśmy po kilka razy machając przed fotokomórką torebką, żeby zobaczyć co robią. Niektóre tryskały wodą z różnych części ciała. Sikający T-Rex nas rozbawiła, ale krokodyl „ wymiotający” wodą zmartwił Emi. Do końca zwiedzania martwiła się, że jest chory. Ogólne wrażenie całkiem przyzwoite, choć zapewne większe dzieci miałyby więcej frajdy dowiadując się co nieco na temat życia i sposobu żywienia tych gadów.








Po zobaczeniu wszystkich dinozaurów ruszyliśmy na plac zabaw. Przejazd samochodzikami i zabawy w piasku w poszukiwaniu skamielin zajęły nam troszkę czasu, ale spore słońce odstraszyło nas i od odkrytych trampolin i od odkrytych zjeżdżalni. Postanowiliśmy ruszyć Dinociuchcią do Parku Bajek.




Ciuchcia miała ograniczoną pojemność, więc w oczekiwaniu na kolejny transport ruszyliśmy do Parku owadów. Tu spore zaskoczenie, bo udostępnione były nie tylko wózki dla małych dzieci, ale też rowerki i hulajnogi dla starszaków. Emi śmigała na rowerze nie wiele uwagi poświęcając mijanym owadom. Ja poświęciłam troszkę czasu na ich obejrzenie i byłam ciut rozczarowana. Wiem, że teren jest odkryty, więc wiernego odbicia insekta w powiększeniu nie doświadczę, ale spodziewałam się czegoś więcej niż metalowych owadów pomalowanych farbą, niemniej dzwięki jakie wydawały i dodatkowe efekty dzieciom podbały się ogromnie.



Pora ruszyć Dino pociągiem na dalsze zwiedzanie.



Park Mitologii sobie podarowaliśmy, wiec powiem tylko to co usłyszałam w Kasie, że zwiedza się go statkiem, my ruszyliśmy wprost w ramiona Bajek.

Okazało się, że w parku oprócz bajek są też wodne zwierzęta, więc obok Złotowłosej można spotkać walenia a razem z księżniczkami dumnie stoi  morświn. Śmieszne? Dziwne? Dla mnie trochę nietypowe, ale na zwierzęta morskie nie zwracaliśmy większej uwagi skupiając się na bajkach. Postacie z bajek rozsiane po całym kompleksie, do tego chatki, gdzie można było zobaczyć fragmenty bajki i usłyszeć ją całą puszczaną z nagrania.





Na terenie było też lodowisko, gdzie można było sobie pośmigać razem pingwinkiem do nauki jeżdżenia, ale nasze zmęczenie było już tak duże, że jedyne na co się porwaliśmy to obejrzenie Parku do końca, powrót na przełaj między linami zabezpieczającymi i szybki powrót do samochodu. Dziewczynki posnęły niemal natychmiast a my nie mieliśmy siły na nic więcej.

Dzień mega męczący, ale dla szkrabów atrakcyjny a ja, no cóż zrobiłabym ten park ciut lepiej, ale i tak było fajnie J


piątek, 14 sierpnia 2015

Wakacje bez dzieci

Z roku na rok prawdopodobieństwo, że uciekniemy gdzieś bez dzieci maleje, nie tylko ze względu na fakt, że dzieci są coraz większe, więc i pokusa pokazania im świata większa, ale też dlatego, że ciężko się rozstać na tak długo.

W tym roku podjęliśmy próbę i wybraliśmy się na weekend do Berlina. Wycieczka zorganizowana z przewodnikiem, więc ciężej się wycofać i tak chcąc nie chcąc wyruszyliśmy. Pierwsza noc to poczucie wolności, wielka radość, że uda mi się wyspać, odsapnąć od dnia codziennego, zobaczyć troszkę świata i naładować baterie na kolejne miesiące. Pierwszy dzień to intensywny odpoczynek na tropikalnej wyspie. Oczywiście pierwsza myśl, to taka, że szkoda, że dzieci nie ma z nami, bo na pewno by się świetnie bawiły i obietnica, że wrócimy tam z nimi. Sama atrakcja naprawdę ciekawa nie tylko dla maluszków, ale jak dla mnie tropikalny klimat jest za duży jak na dłuższy pobyt. Jeden dzień w zupełności nam wystarczył i nie wyobrażam sobie pozostanie pod tą kopułą na noc w hotelu. Ogólnie pomysł jak najbardziej trafiony, klimat miejsca całkiem sympatyczny, sporo ciekawych miejsc do zwiedzania i odpoczynku. Tropikalna wyspa to idealne miejsce na jednodniowy odpoczynek i poczucie się jak na wyspach bali J







Kolejne dni nie były już takie relaksujące, nie tylko ze względu na fakt, że w planie mieliśmy intensywne zwiedzanie, ale przede wszystkim dlatego, że wyparowała ze mnie cała ułuda wolności i zaczęła się ogromna tęsknota za moimi skarbami.

Berlin mnie nie zachwycił kompletnie. Nie wiem, czy to wina tęsknoty, czy wrażenia, ale czułam się zamknięta w PRL-owskim mieście, do którego cywilizacja dociera powoli, a smutek i szarość budynków z czasu Komunizmu przepełniał mnie smutkiem i poczuciem jakiegoś wewnętrznego niesmaku i braku estetyki ( poza bramą Brandenburską of course). 


 Zachwycił mnie za to Poczdam o rzut beretu od Berlina prześliczne miasto, z naprawdę ciekawą historią i cudownym kompleksem pałacowym. Nie tylko pałac i ogrody jest wart wybrania się na wycieczkę ale okoliczne domy mieszkalne, z zachwycającą architekturą .



 Drezno to kolejne miejsce do którego chciałabym wrócić z dziećmi. Miasto urzekło mnie w całości i nie tylko cudowną starówką i barokowymi budowlami, ale klimatem i niezwykłymi widokami.




W każdym miejscu myślałam o tym, że chciałabym tu wrócić z dziewczynkami. Tęsknota dawała mi się we znaki niemiłosiernie. Dodatkowo denerwowało mnie, że D. potrafił się zrelaksować i nie tęsknił, a przynajmniej nie okazywał tego, że tęskni tak mocno jak ja. Powrót do Wrocławia to był już cios poniżej pasa. Telefon do domu i prośba Emi, żebym wracała i wzięła ją na ręce powaliła mnie na ziemię. Zbierałam się nie mogąc powstrzymać łez. Mimo, że Wrocław będzie zaraz po Krakowie moim ulubionym miastem to brak dzieci, zły humor i temperatury dały się nam ostro we znaki, więc chodziliśmy jak tykające baby. Myślę, że doskonale widać na zdjęciach w jakich byliśmy humorach a ja jedyne o czym myślałam, to żeby wyjechać z Wrocławia jak najszybciej, bo wtedy wcześniej dotrę do domu.




Przyjechałam w środku nocy, a mimo to obie obudziły się gdy przyszłam zobaczyć je śpiące i skończyło się na nocnych rozmowach i tuleniu. 

Mieliśmy w planach tygodniowy wyjazd do Chorwacji i Czarnogóry we wrześniu, ale wiem, że ja bez dzieci już się nigdzie nie wybieram. Dla mnie ten wyjazd pokazał, że nie mając dzieci obok siebie nie tylko nie umiem się zrelaksować ale też stresuję się jeszcze bardziej. Jeden dzień gdy skarby nocują u babci to ładowanie akumulatorków, kilka dni to zwyczajna męka. Dla mnie wypad bez dzieci na wakacje to jak wyjazd bez serca, niby jesteś, niby zwiedzasz a myślami jesteś przy tych, których kochasz najmocniej.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Ja to mam szczęście




Pobudka kopniakiem w twarz. Chwila ciszy i znowu to słyszę. Płacz, nie to wrzask połączony z jojczeniem. Lila się obudziła. Chwila konsternacji. Jestem w łóżku z nogą Emi na twarzy. Zerkam na zegarek 6.40. Pora wstać. Płacz jest coraz głośniejszy. Trzeba zrobić mleko, może jeszcze zaśnie. Pęcherz zaczyna mi pękać, ale nie mam czasu iść do toalety, bo Lil zaraz obudzi Emi. Mleko gotowe lecę do pokoju. Zaczyna się wojna. Lila wiszczy, bo widzi mleko a ja muszę ją jeszcze przewinąć. Ok. Lila spi. Zerkam na zegarek. 7.00. Nie ma sensu się już kłaść. Lecę do toalety i na kawę. Ok. zdążę jeszcze poćwiczyć zanim wstanie na dobre. 8.00 włączam Chodakowską i słyszę płacz. No nie, dziś znowu nie dam rady poćwiczyć. Zabieram się za śniadanie i ogarnięcie harmideru z poprzedniego dnia. Stosy garów, wszędzie zabawki i ogromna sterta prania. Witaj mój dniu. Zaczynam ogarnianie i czuję jak narasta moja złość. Przecież wrzucenie ciuchów dzieci do kosza na pranie i wstawienie brudnych talerzy to chwila, a jednak D. znowu zapomniał. Złość. Znacie to?

Ja denerwowałam się brudnymi skarpetkami i brakiem worków w koszu. Wkurzało mnie, że brudne ciuchy dzieci zawsze czekają na mnie w zlewie, bo D nigdy ich nie zapiera. Wkurzało, teraz już nie, bo dotarło do mnie jak wielkie mam szczęście.

Codzienność potrafi sprawić, że zapominamy, jak ogromnym szczęściem jest to co mamy. Przecież te brudne skarpety znaczą, że nie chodzimy boso, a pusty kosz, że mieliśmy co jeść. Płacz moich dzieci przypomina mi, że są zdrowe i pełne sił, a moje zmęczenie to dowód, że mam dla kogo żyć.

Historia Kajtka sprawiła, że uświadomiłam sobie jak wielkie mam szczęście i jak szybko mogę się do niego przyzwyczaić, zapominając, że to czym zostałam obdarzone nie jest mi zagwarantowane. Wystarczy chwila, czasem mniej, by stracić wszystko, a ja wkurzam się na jakieś głupie skarpety. Czym jest bałagan w domu w obliczu tragedii jakie spotykają innych. Czym byłby w obliczu mojej własnej tragedii. Jak taki detal i tak mało ważna sprawa była w stanie popsuć mi cały dzień. Teraz nie wiem. Dziś, zanim zdążę się zdenerwować myślę, co by było, gdybym nie miała tego bałaganu. Jak wyglądałoby moje życie bez nich i złość mija. Zastępuje ją radość, że mam to co mam. Rachunki, dom, cudowne dzieci i wspaniałego męża, który tak jak ja ma wady, ale morze zalet, które dopiero zaczynam dostrzegać. To nie on musiał się zmienić, by zaczęło nam się układać. To ja musiałam popracować nad sobą.


Śmiech to moja codzienność. Radość z małych rzeczy i oddanie siebie innym. To wraca. Znikają własne lęki i frustracja. Zapominam o pierdołach i cieszę się dniem. Brudne garnki, bałagan w łazience? Urządzimy dziś wielkie sprzątanie z dziewczynkami a jak nam się nie będzie chciało to porobimy coś innego. Dziś mi się nie chce, więc sprzątanie przekładam na jutro. Bałagan w domu to znak, że mogę się beztrosko bawić z dziewczynkami i dowód, że zmieniłam priorytety. Chcesz mnie odwiedzić? Teraz jak wpadniesz bez uprzedzenia musisz torować sobie drogę do salonu, w łazience pewnie przykleisz się do podłogi, ale ja pedantka z obsesja na punkcie kurzu mam to gdzieś. Jak bałagan zaczyna mnie denerwować to sprzątam, bo on denerwuje mnie, ale nie tracę już czasu na bezsensowne codzienne porządki. Po co? Jutro znowu będzie bałagan, a dziś już nie wróci, więc szkoda zmarnować je na złości, lepiej się poprzytulać J

poniedziałek, 13 lipca 2015

Z rodziną najlepiej na zdjęciu….



Wiem, że nie każdy tak ma. Ja miałam to ogromne szczęście urodzić się w cudownej rodzinie, gdzie oprócz więzów krwi łączą nas zażyłości i przyjaźnie. Moja rodzina, dzięki mojej babci jest ze sobą naprawdę zżyta a moje kuzynostwo jest dla mnie tak bliskie jak rodzeństwo. Nie mówimy do siebie kuzyn a brat/ siostra.

Raz do roku organizujemy spotkanie rodzinne, gdzie spędzamy weekend we własnym gronie. W tym roku to już 7 raz spotykamy się, by móc ze sobą spędzić czas. Wszystko zaczęło się w 2009 roku po śmierci mojej babci. Z obawy o to, by nasze relacje po śmierci najstarszego członka rodu nie zmieniły się, jedna z moich sióstr wymyśliła weekendowe zjazdy rodzinne.

Miejsce wybiera przegrany z poprzedniego roku i to on organizuje nam atrakcje. W tym roku zjazd organizowany był w Krynicy Górskiej. Pierwszy dzień zaczął się od imprezy 18-tkowej mojej siostrzenicy, czyli pierwszej z młodszego pokolenia, która weszła w wiek dorosłości. Tematem przewodnim imprezy były lata ’70 czyli dzieci kwiaty. Dodam bez skromnej przesady, że mój luby był najlepszym hipisem na całej imprezie, a ja byłam dumna, bo strój tworzyłam mu sama J.






O tym kto organizuje zjazd w Następnym roku decydują kalambury. Przegrana rodzina w tej konkurencji ma za zadanie znaleźć ciekawe miejsce w Polsce i zorganizować nam zjazd. Śmiech przy tym co nie miara, bo każdy chce się spotkać, ale nikomu nie chce się organizować zjazdu, więc walka o wygraną jest naprawdę zacięta ;) Trofeum w walce jest kryształowy wazon naszej babci, który przypomina nam o dzieciństwie u babci.



W tym roku odbyły się też pierwsze konkursy plastyczne dla dzieci. Emi jak zwykle popisała się talentem malarskim a płótno czeka na oprawienie w ramki. Temat pracy- nasz zjazd.




Dla niewtajemniczonych nasz to ten na dole po lewej. Ja się na obrazie znalazłam ;)

Tradycją stało się też ognisko z możliwością pieczenia kiełbasek, gdzie we wspólnym gronie bawimy się lepiej niż dzieci.
Niedziela to czas atrakcji dla rodziny. W tym roku dzieciaki miały frajdę w postaci oglądania policji i straży pożarnej. Lila i ja nie wybrałyśmy się na zwiedzanie, ale Emi z tatą bawiła się dobrze J






Taki zjazd do doskonały sposób na poznawanie siebie, rozmowy i wspomnienia z dzieciństwa. Wiele nas różni ale łączy nas znacznie więcej, więc z moją rodzinką zawsze wychodzi się dobrze, nie tylko na zdjęciach.

piątek, 10 lipca 2015

Gdzie dwoje się kłóci tam… dziecko traci.


Życie z drugim człowiekiem, który ma zupełnie inny niż my charakter, inne doświadczenia życiowe, poglądy i sposób na życie jest naprawdę sporym wyzwaniem. Przecież nie ma na świecie dwojga takich samych ludzi a nawet podobne charaktery nie gwarantują jednomyślności.

Współistnienie, wspólne obowiązki, oczekiwania często rodzą odmienne zdania i konflikty. Czasami błahostki rozpoczynają wielką batalię wojenna, której początku nawet nie pamiętamy. Setne przypomnienie, kolejna prośba o to samo, różnica poglądów i konflikt gotowy.

Dorośli ludzie często sami nie umieją poradzić sobie z problemami i rozmiarem emocji jakie towarzyszą zwykłej kłótni. Prawda jest taka, że my sami nie do końca odkrywamy wszystkie uczucia przed druga osobą i gdy kłótnia się zaognia zaczynamy wylewać nagromadzony i przemilczany żal, za rzeczy o których zapomnieliśmy wspomnieć partnerowi wcześniej, bo wtedy były tylko błahostką. W trakcie kłótni, gdy emocje biorą górę, te błahostki urastają od rangi problemów nie do przeskoczenia.
Umiejętność rozładowywania emocji przez krzyk opanował pewnie każdy z nas, niestety umiejętność dyskusji i logicznego argumentowania swoich emocji już nie. Kłótnia jest dobra o ile kończy się zgoda wyjaśnieniem sobie swoich stanowisk i dojściem do rozwiązania problemu (moim zdaniem kompromis nie jest wcale dobrym rozwiązaniem).

Na studiach miałam wiele godzin zajęć związanych z negocjacjami i rozwiązywaniem konfliktów, niestety w życiu nikt nas nie uczy, że czasami warto odpuścić kłótnie, by potem na spokojnie porozmawiać o tym, co wyprowadziło nas z równowagi a przecież właśnie taki sposób komunikacji, gdy partner jest zaangażowany w rozwiązanie konfliktu jest nie tylko lepszy, bo nie wywołuje niepotrzebnego bólu, ale tez efektywniejszy, bo możemy argumentować i udowadniać swoje racje. Zdrowa dyskusja, sprzeczki umacniają więzi, bo pozwalają partnerom na pokazanie swoich emocji, poszukanie rozwiązań i pozostawienie problemu za sobą.

Tyle w teorii….

Praktyka to niestety ostra wymiana zdań, wrzaski, płacz, szlochy, rzucanie przedmiotami, przeklinanie, groźby i szantaż emocjonalny. W praktyce nasze emocje nie dają się okiełznać a złość i gniew zastępują zdrowy rozsądek. W praktyce mały detal może przyczynić się do rozpadu nawet silnego związku. A co kiedy obok nas są dzieci?

Krzyk jak forma wyrażenia swojego niezadowolenia.

Pod wpływem silnych emocji krzyk staje się naszą tarczą na odparowanie wywodu partnera. Zapominamy o zdrowym rozsądku i zamiast logicznie argumentować zaczynamy mówić coraz głośniej. Dziecko, które stoi z boku nie zawsze rozumie nasze emocje ale krzyk doskonale rozumie. Dostaje prosty komunikat, że krzyk jest formą wyrażania emocji. Przecież tak właśnie komunikują się rodzice. Dziecko z domu, w którym się krzyczy też krzyczy. Przecież nie umie inaczej. Jego krzyk jest jednak znacznie intensywniejszy, szczególnie gdy nie umie jeszcze precyzyjnie wyrazić swoich myśli i emocji.

Krzyk jako atak

Krzyk jest agresją. Nie fizyczną a słowną. Wykrzyczane słowa trafiają w nas znacznie bardziej niż wypowiedziane. Gdy krzyczymy w pewnym momencie druga strona ma dość. Z boku wygląda to na wygraną więc  dla dziecka to komunikat, że ten kto krzyczy wygrywa. Potem tą samą taktykę stosuje w swoim życiu wymuszając na nas określone zachowanie, a my często zawstydzeni godzimy się na to dając mu zielone światło do dalszego krzyku.

Krzyk to brak umiejętności komunikacji

Krzyczymy bo nie umiemy inaczej, bo partner nie „kupuje” naszych argumentów, bo chcemy wygrać bitwę. Zapominamy, że przegrywamy zaufanie i dobre relacje. Krzykiem nie da się rozwiązać konfliktu, można go  jedynie zakrzyczeć. Krzykiem nie udowodnimy swoich racji tylko brak siły i argumentów. Krzyk to forma zastraszania i manipulacji. Skuteczna? Na pewno ale bardzo niebezpieczna.

Dzieci wyrastające w domu w którym się krzyczy nie umieją rozmawiać. Emocjonują się i same krzyczą przekazując tą formę agresji jako wzorzec. Dzieci z domów w których się krzyczy boją się krzyku. Na krzyk reagują zamknięciem się w sobie i milczeniem. Dzieci które wyrastaj ą w krzyku mają problem z wyrażaniem emocji i swoich potrzeb. Zamykają się na własne uczucia bojąc się krzyku. Bojąc się albo do niego doprowadzić, albo znowu go doświadczyć. Dzieci wyrastające w domu, w którym się krzyczy nie nauczyły się konstruktywnej rozmowy i nie umieją akceptować krytyki. Przekazują wzorce wyniesione z domu swoim dzieciom.

                Życie z drugim człowiekiem nie jest proste, ale krzyk to nie sposób na komunikację. To tyrania i wymuszanie własnego światopoglądu. Krzyk niszczy, nigdy nic nie naprawia i nie pomaga. Krzyk daje ukojenie na chwilę, ale rujnuje nie tylko związek, gdy padną nieodpowiednie słowa, ale też świat dziecka a przecież to o nie nam chodzi. Krzyk jest jak bicie, ale na dłużej zostaje w sercu i pamięci, bo rani to co w środku. Skąd to wiem? Wychowałam się w krzyku i mieszkam z człowiekiem wychowanym w krzyku, komunikacja to nie jest nasza mocna strona, ale wszystko przecież da się naprawić.

Co zamiast krzyku?

Przeczytałam ostatnio książkę „Dialog zamiast kar” i uczę się języka żyrafy. Nie chodzi tylko o rozmowę z dzieckiem, gdzie zaczynam nazywać swoje uczucia, ale w rozmowie z dorosłymi też mówię o uczuciach. Efekt. Dla mnie cudowny. Nie, nie pomaga zlikwidować problemów, nawet nie zawsze je zmniejsza, ale nazwanie swoich uczuć daje mi wewnętrzny spokój, że druga strona wie, co w danej chwili czuje i krzyk traci już na znaczeniu. Nie zawsze się udaje, czasem emocje znowu biorą górę, ale staram się nazywać emocje i o nich mówić, na nich się skupiać a nie na samych słowach. Gdy jestem zła, smutna, wściekła mówię o tym i sam fakt, że to powiem zmniejsza te uczucie. W relacji z dziećmi dialog i mówienie o uczuciach daje rozwiązanie problemu w 90 %,z D. trochę mniej. Nie ma pełnej satysfakcji, ale pracujemy nad tym, bo krzyk nigdy nie dawał nam roziwązania problemu. Jest poprawa a my dopiero zaczynamy. Uczymy się rozmawiać i szukać rozwiązań argumentami nie siłą. Uczymy się mówić o własnych potrzebach i nazywać uczucia. Uczymy się radzić sobie ze złością inaczej niż przez krzyk. Uczymy się żyć ze sobą, nie tylko obok siebie tak, by obie strony były zadowolone z rozwiązania. A gdy komuś puszczają nerwy słowa „ język żyrafy” od razu przypomina nam po co to robimy. Przecież w życiu liczą się tylko oni i to dla nich chcemy zmieniać się na lepsze.


piątek, 19 czerwca 2015

Jak skutecznie i bezboleśnie popełnić samobójstwo.


Miliony problemów, brak zrozumienia otoczenia i ta cisza wokół. Myśli korowody drapiące w tył głowy, a może to dzisiaj? Dziś jest dobry dzień by popełnić samobójstwo.

Masz dość siebie, swojego życia i świata wokół. Masz dość niezrozumienia i braku akceptacji. Masz dość swojego życia?

Oto prosty sposób jak w ciągu jednego dnia  popełnić samobójstwo tak by nikt po nas nie cierpiał.

Krok 1

Ustal datę.

Data to bardzo ważny aspekt. Ustal datę swojej śmierci. Ten dzień powinien być wyjątkowy i ważny dla Ciebie. W końcu to ostatni dzień Twojego życia. Wybrałeś/aś? Pora na przygotowanie.

Krok 2 Przygotowanie muzyki

Kup płytę z muzyką. Nie wiem czego słuchasz, ale dobra muzyka to podstawa. Piosenki zbyt melancholijne odpadają, bo zapuszczając się w głąb nostalgii niczego nie osiągniesz. Piosenki zbyt wesołe też odpadają, bo nie słucha się „ jesteś szalona” na własnym pogrzebie. Muzyka musi Cię wyciszyć i zrelaksować. Relaks to najważniejsza rzecz jakiej będziesz potrzebować.

Krok 3 Świece

Świece dają odpowiedni nastrój i wenę na zmiany. Mogą być świetnym początkiem i końcem. Kilka świec, zgaszone światło muzyka i możemy zaczynać.

Śmierć świadomości.

Oczyść umysł. Wsłuchaj się w muzykę i pozostań tak dłuższą chwilę. Przypomnij sobie wszystkie swoje problemy. Spisz je na kartce jak wolisz, albo pozostaw w swojej głowie. Już? A teraz pomyśl, jak wyglądałoby Twoje życie, gdyby te problemy rozwiązać. Ja byłoby szczęśliwe i jak wiele można jeszcze osiągnąć. Pomyśl na spokojnie jak można te problemy rozwiązać. Wyobraź sobie, ze to nie Twoje problemy a ktoś pyta Cię o poradę. Masz już kilka pomysłów? Pomyśl o ludziach dla których Twoje życie ma znaczenie i o tych, których jeszcze nie znasz a dla których będziesz całym światem. Masz to? Teraz pomyśl o tych, którzy Cię zranili, przez których miewasz myśli samobójcze, przez których śmierć kołacze Ci się w głowie. Jesteś? Teraz wszystkich tych, którzy Cię skrzywdzili skonfrontuj z tymi, którzy Cię kochają. Niech dialogi same popłyną. Może krzywda była nieumyślna, może nie umieją inaczej bo sami są skrzywdzeni, może chcieli Cie pogrążyć a Ty im na to pozwalasz? Pomyśl, kto decyduje o Twoim życiu? Ty czy inni? Został ktoś jeszcze z tych którzy mają Cię gdzieś? To dobrze. Ty też miej tych ludzi gdzieś. Pokaż im siłę. Pokaż im, że nie tak łatwo jest kogoś pokonać. Pokaż im, że wiesz na ile Cię stać. Poczuj jak przepełnia Cię miłość, tych z dzisiaj i tych z jutra. Jak oni umacniają Twoją wiarę w siebie. Jak wiele mogą Ci dać i jak wiele Ty możesz jeszcze im zaoferować. Zmieniasz się. Już nigdy nic, nie będzie takie samo.

Wyobraź sobie swoje problemy- niech staną się przedmiotami. Brak akceptacji-, niezrozumienie, brak miłości, odrzucenie- niech wszystko stanie się przedmiotami, konkretnymi tylko dla Ciebie. Masz to? Teraz wyobraź sobie, że wszystkie te rzeczy wrzucasz do skrzyni, wielkiej starej i zniszczonej. Weź tą skrzynię. Ciężka ?  Zanieś ją do lasu, na cmentarz, nad morze albo w góry, gdzie tylko chcesz. Udaj się tam, gdzie czujesz się bezpiecznie. A teraz kop. Kop z całych sił. Wylewaj żal tym kopaniem, wylewaj nim złość i frustrację, kop, aż zabraknie Ci sił. Głęboki dół. Wrzuć tam skrzynię z problemami i zakop. Wiem, że Ty też wiesz, że niektóre wyjdą na wierzch, choćbyśmy je zakopali i kilometr pod ziemią, ale ty masz już wsparcie tych, którzy otoczyli Cię miłością. Nie zapominaj o tym.

Teraz wstań. Weź swoje zdjęcie ( jak spisałeś listę problemów to ją też weź) i je spal. Całe, bez oglądania się za siebie. Spójrz jak tusz rozpuszcza się na twarzy i ubraniu. Ciebie już nie ma. Właśnie popełniłeś bezbolesne samobójstwo. Czysty umysł, nowe ja. Dziś był ostatni dzień Twojego starego życia i pierwszy dzień twojego nowego życia. Jesteś inną osobą. Jesteś Silny i wspaniały i to nie dlatego, że ja tak mówię, ale dlatego, że znalazłeś w sobie odwagę, by dalej stawić czoło codzienności. Zapamiętaj tą datę. Niech co roku przypomina Ci, że można się podnieść nawet z popiołów. Celebruj ten dzień, w końcu to data Twojej śmierci. Zrób to jak chcesz. Chwilą ciszy, imprezą albo listem do samego siebie za rok.

Teraz pomyśl, czy poza zmianą sił w twojej głowie zmieniło się coś jeszcze? To dobrze. Weź telefon i dzwoń. Oni pomogą Ci w utrzymaniu tego stanu, gdyby kiedykolwiek jeszcze zabrakło Ci wiary w siebie.
116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym

22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna

116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży

801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”

800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej


Wiesz, ja w Ciebie wierze. Dlaczego? Bo nie ma słabych ludzi są tylko za mało kochani a ja chcę być jedną z tych osób, które pokochają Cię w przyszłości, którym zmienisz świat. Dasz radę? Jak? Naprawdę nie wiem jak, ale przecież to możliwe. Może kiedyś pomożesz mi na ulicy, może poznamy się w Internecie, może na jakiejś wycieczce. Przecież życie trochę trwa, wiec mamy szanse się spotkać  a Ty masz szanse zmienić moje życie, albo kogoś podobnego do mnie. Ja cholernie w Ciebie wierze i wiem, że Twoje życie ma sens. Wiem, że warto przeczekać te chwile, gdy nic już nie ma sensu. Wiem, ze gdy bywa już tak źle, że gorzej być nie może, gdy czujesz, ze jesteś na dnie musi być lepiej. Skąd to wiem? Bo sama przez to przeszłam. Ja też byłam jak ty, ja też miałam dość, ja też widziałam już tylko drugą stronę i mnie też ktoś pomógł. Teraz jest takim światełkiem w tunelu, gdy zwężają mi się horyzonty,  a ja mogę być takim światełkiem dla Ciebie. Zawsze możesz do mnie napisać. Zawsze możesz mi o sobie opowiedzieć- ja chcę Cię posłuchać, ale przede wszystkim zawsze możesz zadzwonić. Oni też na Ciebie czekają. 

czwartek, 18 czerwca 2015

Klaps to nie bicie.


Kampanie na temat bicia dzieci trwają już od jakiegoś czasu. Czasami są bardzo wstrząsające, czasami wywołują refleksję, ale wszystkie mają na celu przekonać Polaków, że bicie to nie jest sposób na wychowanie.

Niby tak, ale przecież my Polacy wiemy wszystko lepiej. Wiemy lepiej niż lekarz co dolega naszym dzieciom, lepiej niż nauczycielka jak zachowują się w szkole i lepiej niż psycholodzy jak mamy je wychować. Jak oni mogą mówić nam co możemy a co nie w trakcie naszej opieki nad dzieckiem. W końcu jak zachowuje się „ niegrzecznie” to musimy je sprowadzić do poziomu. Gdyby nie dyscyplina to wyrosły by na małych nieszanujących nikogo terrorystów, którzy za nic mają sobie innych ludzi i ich uczucia. Nas przecież lali a jesteśmy cudownymi ludźmi, bez kompleksów z szacunkiem do każdego i takie właśnie wartości przez klapsa chcemy przekazać naszym dzieciom. W końcu klaps to nie bicie przecież a kampania tyczy się jakichś patologicznych rodzin, gdzie pijany ojciec leje dzieci na oślep.

Prawda jest taka, ze tego typu kampanie są skierowane właśnie do nas. Do normalnych rodziców dla których klaps to nie bicie, dla których strzelenie po  „ łapkach”, żeby w końcu się nauczyło, że nie wolno to standard. Bicie to bicie i nie ważne, czy sporadyczny klaps dla zasady, czy codzienne lanie, oba zachowania są naganne i powinniśmy się ich wstydzić.

Ja nie jestem święta, bo mi tez czasem puszczają nerwy, ale dla mnie bicie to nieumiejętność reakcji na zachowanie dziecka. Gdy nie wiem, co powinnam zrobić w danej sytuacji często myślę o klapsie. Dzięki Bogu w porę potrafię się wyhamować, choć dla mnie ta lekcja też nie jest prosta. O wiele prościej jest wlać w tyłek bez tłumaczenia i potem mieć pewność, że dziecko nie powtórzy zachowania. Pytanie tylko czemu już tego nie zrobi? Bo zrozumiało, że to co robi jest złe, bo żałuje, bo jest mu przykro? Nie, bo zwyczajnie się nas boi. Boi się bicia. Nie wyciąga z tego żadnych wniosków i niczego się nie uczy poza tym, że są rzeczy o których nie warto mówić rodzicom, żeby potem nie dostać lania. Dziecko boi się naszej reakcji a tym samym przestaje być otwarte, bo nigdy nie wie, jakie zachowanie może się skończyć klapsem. Taka lekcja dla dziecka skłania je do agresji, bo skoro ja dostaje od silniejszego, to mogę robić to samo dla słabszego. Dzieci to wnikliwi obserwatorzy i szybko uczą się nie tylko tego co mówimy, ale też tego co robimy. Prawo siły niestety nic nie wnosi do wychowania poza strachem i kombinowaniem.

Ja osobiście znam takie przypadki, gdzie już małe dzieci ostro kłamią by uniknąć lania a ja chciałabym, by moje dzieci nie bały się powiedzieć mi o wszystkim co dotyczy ich życia, nawet gdy to nie będzie dla mnie miłe. Oczekuję zaufania a ciężko się je buduje na fundamentach ze strachu, bo jak ufać komuś, kto nas krzywdzi?

Dziś wychodzę z pokoju, odwracam się lub głośno oddycham, zabieram Lilkę od Emi ale nie biję. Nie chcę by moje dzieci się mnie bały. Nie chcę, by czuły, że akceptuję je tylko jak są grzeczne. Chcę by przy mnie zawsze mogły być w pełni sobą, z głupotkami, własnymi mądrościami i własnym zdaniem.
Nie wierzę, że wyrosną na osoby, które niczego nie szanują, bo już dziś widzę, że rozmowa wiele zmieniła w zachowaniu Emi. Czasami pewne rzeczy powtarzam po kilkanaście, kilkadziesiąt razy. Tłumaczę i tłumaczę, ale wiem, że zmiana zachowania wyniknie nie ze strachu a ze zrozumienia.

Pamiętam jak byłam dzieckiem i sama dostawałam lanie. Wiele z tych „lekcji” zapamiętałam, jako straszne poczucie niesprawiedliwości i fakt, że rodzice nie zawsze mają racje. Wiele z tych rzeczy, za które dostałam robiłam nadal tylko bardziej się kryłam. Bicie mnie nauczyło, że są rzeczy o których rodzicom nie należy mówić i tym sposobem już w dzieciństwie miałam bardzo wiele tajemnic a co za tym idzie rodzice wcale mnie nie znali. Poprawa relacji i ponowne zaufanie przyszło jak wyjechałam na studia, niemniej prawda jest taka, że poczucie krzywdy zostało.

Dziś podobny tylko powierzchowny kontakt rodzic- dziecko mogę obserwować w całkiem bliskim otoczeniu. Ja przepełniona miłością do dzieci widzę doskonale, ze nawet przytulanie do rodzica jest „sztywne”, a dziecko ma problem z wyrażaniem swoich uczuć, bo boi się reakcji rodzica.

Nie pozwalamy dzieciom na złość i „histerie”. Nie pozwalamy na własne zdanie, Ne tłumaczymy a potem oczekujemy, że wyrosną nam samodzielne i asertywne osoby umiejące podejmować własne zdanie.

Klaps to bicie. Tego nie da się usprawiedliwić. Bo jak? Dlaczego większy ma prawo bić mniejszego. W imię czego? Spotkałam się z sytuacją, gdzie rodzic bił malutkie dziecko, żeby zrozumiało, ze piekarnik jest gorący a ze schodów można spaść. Szkoda, że do klapsa nie dodał wyjaśnienia, bo jedyne co zrozumiał bobas to, że zbliżanie się do piekarnika czy schodów oznacza bicie.

My uczymy dzieci jak wygląda życie i to od nas zależy, czy te białe kartki jakie dostaliśmy od natury zapasane będą miłością i zrozumieniem dla innych czy agresją i argumentami pięści.